Matka chorego na schizofrenię Mariana R. nigdzie nie znajduje pomocy. Sąsiedzi mają ich dość, znajomi dawno się odwrócili, a policja nie chce mieszać się do spraw rodzinnych. Młody mężczyzna często ucieka z domu, czego skutkiem jest zaostrzenie się choroby. Ale nawet jeśli matce udaje się syna znaleźć i odwieźć do szpitala psychiatrycznego, nie chcą go tam przyjąć.
- Wszystkie problemy spadają na mnie – mówi Jadwiga R. z Rudy Śląskiej, z zawodu księgowa. – Ci, którzy opiekują się psychicznie chorymi, są zdani tylko na siebie. Najlepiej, gdyby swoim nieszczęściem nie zawracali innym głowy. Nie wiem już, jak przekonać pracowników różnych instytucji, że mój syn czasem wymaga leczenia w szpitalu.
Ostatnio, całkowicie ubezwłasnowolniony Marian R., którego jedyną opiekunką jest matka (ojciec od lat nie daje znaku życia), znowu zaczął słyszeć dziwne głosy. Stawał się agresywny, nie było z nim kontaktu. W końcu uciekł z domu. W czasie takich wędrówek prawie nic nie je, chodzi półnago, nęka ludzi. Jest wycieńczony. Matka żyje w strachu o jego bezpieczeństwo.
Niech wraca sam
- Muszę walczyć o to, żeby leczył się w szpitalu. To już kolejna jego ucieczka – wyjaśnia matka. – Przed każdą zachowuje się dziwnie, na przykład wychodzi rozebrany na balkon i krzyczy. Sąsiedzi są źli na mnie, a ja nic nie mogę zrobić. Kiedy ucieka, mija kilka miesięcy, zanim uda mi się go odnaleźć i sprowadzić do domu.
Tym razem policja szybko odnalazła uciekiniera i odwiozła do szpitala w Lublińcu. Funkcjonariusze natychmiast zawiadomili matkę, gdzie przebywa jej syn.
- Ucieszyłam się, że trafił do szpitala. Marian nie chce się leczyć, więc zawiezienie go na wizytę do lekarza wymaga ode mnie nadludzkiego wysiłku – opowiada matka. – Niestety, kiedy już wyjeżdżałam udzielić wywiadu, szpital zawiadomił mnie, że syna nie ma. Wypuścili go, żeby sam wrócił do domu. Oczywiście skorzystał z okazji i zniknął.
Jadwiga R. jest rozżalona, że chorych psychicznie traktuje się w szpitalach jak balast. Nikt jej nie wyjaśnił, dlaczego nie czekając na nią wypuszczono syna.
- Wiedzieli przecież, że przywiozła go policja, że jest poszukiwany i chory psychicznie. Nie obchodziło ich, że z Rudy Śląskiej do Lublińca jest kawał drogi. A teraz znowu żyję w strachu, bo nie wiem, gdzie syn jest i co robi – płacze kobieta.
- Spotkało mnie nieszczęście, którego nikt nie jest w stanie zrozumieć – wyznaje matka chorego. – Jestem sama, z synem nie mam kontaktu, żyję w zagrożeniu. Ale najgorsze, że nie mogę mu pomóc. Wiem, że nadchodzi atak i syn powinien trafić do szpitala, ale nikt mi nie wierzy. Musi uciec, przestraszyć kogoś, pobić mnie, żeby zabrano go do szpitala.
Kiedyś Marian R. tylko dlatego dostał się do szpitala, że sąsiedzi podpisali oświadczenie, że czują się zagrożeni. Ale syn nie zawsze atakuje obcych ludzi. Czasem agresję wyładowuje na sobie lub na matce. Często tylko grozi pobiciem, a potem ucieka z domu.
Diagnoza: schizofrenia
- Długo nie chciałam uwierzyć, że jest psychicznie chory. Jako dziecko syn był zamknięty w sobie, małomówny, ale dobrze uczył się w technikum, lubił matematykę. Mocno przeżył odejście ojca. Kiedy był nastolatkiem, zaczęły się kłopoty. W szkole zachowywał się dziwnie, niezrozumiale, potem przestał do niej chodzić. Musiałam go przed wszystkimi tłumaczyć, a on swoją agresję kierował na mnie. Bił mnie, atakował podczas napadów furii. A to przecież dzisiaj duży, silny mężczyzna.
Jadwigę R. wiele kosztowało skierowanie niepracującego i nieuczącego się syna na leczenie. Kiedy zgłaszała pobicie, policja twierdziła, że musi łapać bandytów, a nie wysyłać ludzi do szpitala.
W Toszku u Mariana R. stwierdzono schizofrenię. Przyznano mu rentę. Powinien stale brać leki i zgłaszać się do poradni, ale chory nie chce tego robić. Nie wykonuje żadnych poleceń.
U kresu sił
Sąd Rejonowy w Rudzie Śląskiej poinformował Jadwigę R.: “Sąd wyjaśnia, że zgodnie z art. 30 ustawy o ochronie zdrowia psychicznego, do wniosku o leczenie osoby chorej psychicznie należy dołączyć opinię lekarza psychiatry, szczegółowo uzasadniającą potrzebę leczenia w szpitalu. Należy przesłać sądowi aktualne badania chorego”.
- Ale jak to zrobić, kiedy on odmawia wizyt u lekarza? Nie zaciągnę go tam siłą. Nawet zawieziony do szpitala przez policję, jest stamtąd zwalniany bez badań – mówi Jadwiga R.
Zdaniem Jadwigi R., szpitale robią wszystko, żeby nie przyjąć kolejnego chorego. A tylko takie leczenie w przypadku Mariana R. daje skutek. W domu przesiaduje w swoim pokoju do czasu, aż nie nastąpi pogorszenie. Wtedy demoluje mieszkanie, bije matkę i ucieka.
- Złamałam nogę i musiałam kilka dni przeleżeć w szpitalu. Został sam. Nic nie jadł, żył wśród brudu i śmieci. Wypisałam się szybciej, żeby się nim opiekować. Wtedy właśnie mu się pogorszyło i znowu mnie zaatakował. Nie chcę go oddać na zawsze do szpitala czy zakładu, ale chciałabym, żeby na moją prośbę mógł w porę trafić do szpitala. Okazuje się, że to niemożliwe. Jestem u kresu sił. Nie mam się do kogo zwrócić. Nie mogę ratować własnego dziecka. Czy to, że walczę o leczenie go w szpitalu, jest z mojej strony egoizmem i brakiem serca, jak to kiedyś usłyszałam? – pyta udręczona matka.
Czy matka chorego psychicznie syna ma rację, kiedy żąda umieszczenia go w szpitalu po każdym jej sygnale? Co powinna zrobić, żeby w tej sytuacji nie czuć się tak bezradnie? A może chce się go na jakiś czas pozbyć, choćby po to, żeby odpocząć? Co ty zrobiłbyś na jej miejscu?
DODAJ SWOJĄ OPINIĘ
KRZYSZTOF CZUMA, lekarz psychiatra, dyrektor Centrum
Psychiatrii w Katowicach:
- Ustawa o ochronie zdrowia psychicznego mówi o dobrowolności leczenia pacjenta, ale to sprawia, że opiekunowie czasem skarżą się na bezradność i brak zrozumienia ze strony różnych instytucji. Jeśli chory stanowi zagrożenie dla siebie i otoczenia, jeśli zdradza wyraźne, niepokojące objawy, nawet wbrew jego woli można zawieźć go karetką pogotowia z eskortą policji do lekarza psychiatrii. Aktualne wyniki badań trzeba bardzo szybko złożyć w Sądzie Rejonowym i wtedy dopiero starać się o przymusowe leczenie chorego w szpitalu.
Ale szpital nie jest jedynym wyjściem. Bliscy chorych, z którymi życie bywa bardzo trudne, powinni szukać wsparcia w pozaszpitalnej opiece psychiatrycznej, we własnym środowisku. W miarę możliwości należy także zadbać o to, żeby chory miał jakąś pracę i akceptowane przez siebie obowiązki. Dobre wyniki daje często praca w warsztatach terapii zajęciowej. To może sprawić, że agresja chorego osłabnie.
KRZYSZTOF GOLONKO, specjalista neurolog i psychiatra:
- W nowoczesnej terapii psychiatrycznej w leczeniu uczestniczy bliska rodzina chorego. Jest to potrzebne zwłaszcza w polskim społeczeństwie, gdzie tolerancja wobec chorych psychicznie nie jest najlepsza. Ludzie się ich obawiają, chociaż statystycznie biorąc, tacy chorzy nie popełniają więcej przestępstw niż osoby zdrowe. Niedostatek tolerancji bierze się być może z braku informacji i wiedzy na ten temat.
Ustawa psychiatryczna jest w teorii dobra, ale w praktyce – gorsza. Można leczyć chorego wbrew jego woli, jeśli stanowi zagrożenie, lub jego nieleczenie mogłoby pogorszyć stan zdrowia pacjenta. Niestety, brak form leczenia pośredniego między szpitalem a poradnią. Gdy chory nie chce przyjść do lekarza, to nie przyjdzie. Zapracowani lekarze też nie odwiedzą pacjenta w domu. Wobec tego do gabinetów lekarskich trafiają pacjenci już bardzo pobudzeni, przywiezieni na siłę, których nie da się dobrze zbadać. Niestety, do takich właśnie zdarzeń dochodzi zbyt często.
Autor artykułu: GRAŻYNA KUŹNIK