Archive for July, 2001

Płyta z przecieru

Tuesday, July 31st, 2001

Rozmowa z PIOTREM KABAJEM, dyrektorem generalnym Pomatonu EMI

W Polsce sprzedaje się rocznie 6-7 mln pirackich płyt kompaktowych, to jest 40 procent wszystkich sprzedawanych krążków. Szacuje się, że ten proceder wart jest 25 mln dolarów.

- Ile traci na piractwie firma fonograficzna, którą pan kieruje?
- Wartość tej kradzieży oceniam na 20-25 procent naszych obrotów. Ten “przemysł” rozrósł się do gigantycznych rozmiarów. Cały czas zatrzymujemy na granicy samochody osobowe, ciężarowe, autobusy z tysiącami pirackich płyt. Towar jest wszędzie, w specjalnych rurach, a ostatnio zatrzymaliśmy 100 tys. krążków w przecierze pomidorowym.

- Jak biegnie przemytniczy szlak?
- Płyty w 90 procentach tłoczone są na Ukrainie, stamtąd przewożone do Polski i tu w “dziuplach” konfekcjonowane. W wielu tych miejscach zatrzymaliśmy cudzoziemców, którzy uprawiają ten proceder w Polsce.

- Którzy wykonawcy ponoszą na tym największe straty?
- Najbardziej popularni. W ubiegłym roku zatrzymano transport kilkuset tysięcy płyt, które przewożono z Ukrainy na Białoruś. Aż w 40 procentach były to nagrania polskich wykonawców. Mało tego, na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie można kupić Madonnę czy Britney Spears za 10 zł, a polski wykonawca kosztuje 15 zł.

- Mało to pocieszające.
- Oczywiście! Pocieszające jest to, że udało nam się zamknąć wytwórnię płyt kompaktowych w Bułgarii, która produkowała rocznie 6 mln CD, a tamtejszy rynek był w stanie wchłonąć 300-500 tys. sztuk. Naciski administracji amerykańskiej okazały się skuteczne. Co stało się z wytwórnią? Została przeniesiona do Mołdawii, Macedonii i na Ukrainę. Teraz naciskami międzynarodowymi usiłujemy doprowadzić do tego, żeby Ukraina oczyściła swój teren.

- Mówi pan: “zatrzymaliśmy”, “naciskamy”…
- Mamy swoją brygadę antypiracką, która współpracuje z policją, strażą graniczną, urzędem celnym. I ta współpraca układa nam się bardzo dobrze. Akcji jest wiele. W zeszłym roku wszczęto 1500 spraw karnych, ale nikt nie jest w więzieniu. Sprawcami są zazwyczaj cudzoziemcy poddawani ekstradycji.

- Ustawa o prawie autorskim jest bardzo restrykcyjna. W czym więc problem?
- Prawo na tyle jest skuteczne, na ile władza go akceptuje. Uważamy, że prokuratura jest zbyt łagodna dla sprawców. Jeżeli zatrzymujemy obywatela polskiego osiem razy i on wciąż czuje się bezkarny, bo nie stała mu się krzywda ani za pierwszym razem, ani za drugim… Wszystko idzie znakomicie dopóki akta nie trafią do prokuratury i sądu – tam się sprawa rozmywa. I co z tego, że prawo mówi nawet o 5 latach pozbawienia wolności za notoryczne piractwo…
Doszło do takich absurdów, że białostocki prokurator uznał iż to pirat robi dobrze, bo sprzedaje tanio, natomiast my źle, gdyż jesteśmy monopolistami praw producenckich i autorskich. Złożyliśmy skargę do Ministerstwa Sprawiedliwości i ten prokurator został zawieszony. Z kolei inny prokurator umorzył sprawę, bo sprawca miał zaćmę na oku i nie był w stanie rozpoznać, czy sprzedaje legalne płyty czy pirackie.

- Wierzy pan w skuteczność apeli, żeby nabywcy nie kupowali tańszych, pirackich płyt?
- Nie. Trzeba likwidować źródło zła, a nie namawiać ludzi by kupowali droższy produkt, bo nie posłuchają.

Autor artykułu: Rozmawiała: TERESA SEMIK

Cisza wokół Baildonu

Tuesday, July 31st, 2001

Dziś rozpoczął się dziewiąty dzień głodówki pracowników Huty Baildon w obronie miejsc pracy 900-osobowej załogi. Liczba strajkujących wzrosła do 13. Na razie resort gospodarki czeka na ruch inwestorów, sędziego komisarza i syndyka.

Sześciu protestujących głoduje od początku – pozostali dołączali sukcesywnie. Do protestu gotowe są następne osoby.

- Wczoraj chciały do nas dołączyć kobiety, ale na razie ten desperacki krok im wyperswadowaliśmy, bo mają dzieci na wychowaniu – powiedział nam Henryk Knopp. – Pewne jednak jest, że przyłączą się do nas w kolejnych dniach następni. Poza mrzonkami nie mamy na razie żadnej nadziei.

Syndyk nie rozmawia ze strajkującymi. Oświadczył, że jego zadaniem jest poprowadzić upadłość z zaspokajaniem wierzycieli.

- Niestety, załoga nie może skorzystać z osłon Hutniczego Pakietu Socjalnego. Zgodnie z prawem połowę kosztów tych świadczeń sfinansowałby budżet państwa, o ile połowę zapłaci syndyk. On na to nie ma pieniędzy – mówi dyplomatycznie Wiktor Łaszczyk, dyrektor departamentu restrukturyzacji przemysłu w Ministerstwie Gospodarki. Przypomnijmy, że na HPS potrzeba około 7 mln zł. – Są jeszcze sposoby na uratowanie miejsc pracy. Sędzia komisarz mógłby wycofać upadłość, my szukamy inwestora strategicznego. Rozesłaliśmy memorandum m.in. do tych, którzy interesowali się hutą. Rozpoczniemy z nimi rozmowy w ciągu 1-2 tygodni.

Autor artykułu: (BS)

Arabas w Pogoni!

Tuesday, July 31st, 2001

Grzegorz Arabas, koszykarz pierwszoligowego Mickiewicza Katowice, nie pojawił się na powakacyjnym treningu tego zespołu i wszystko wskazuje na to, że w nowym sezonie będzie występował w Pogoni Ruda Śląska. Drużyna jedynego przedstawiciela naszego regionu w ekstraklasie wyjeżdża w środę na obóz do Cetniewa.

Oprócz Arabasa, do Pogoni mają dołączyć jeszcze Marcin Kuzian, który grał już w rudzkich barwach, a ostatni sezon spędził w Bobrach Bytom oraz Grzegorz Radwan z Unii Tarnów. Trener zespołu z Nowego Bytomia, Wojciech Krajewski może liczyć też na zawodników, mających ważne kontrakty z klubem: Mirosława Frankowskiego, Łukasza Kruka, Piotra Plutę i Damiana Szudego. Działacze rozmawiają z graczami, którzy grali do tej pory w Pogoni: Krzysztofem Morawcem, Radosławem Brodą, Łukaszem Krukiem, Adamem Renerem i Marcinem Sroką.

- We wtorek należy zgłosić polskich zawodników do rozgrywek, dlatego wszystko właśnie dziś będzie jasne. Kogo chciałbym wziąć na obóz? Jordana, Pippena… Ale skoro ich nie ma, niech jadą, ci co są – żartuje trener Krajewski, choć patrząc na zestaw osobowy rudzkiej drużyny wesoło szkoleniowcowi chyba nie jest…

Natomiast działacze Mickiewicza, po odejściu Arabasa i nieudanych próbach pozyskania Sławomira Woldana, planują wzmocnienia składu. Możliwe, że do katowickiej drużyny dołączy Maciej Guzik, wychowanek Baildonu, który grał ostatnio w Bobrach.

Autor artykułu: (TOK)

W matni

Friday, July 27th, 2001

Matka chorego na schizofrenię Mariana R. nigdzie nie znajduje pomocy. Sąsiedzi mają ich dość, znajomi dawno się odwrócili, a policja nie chce mieszać się do spraw rodzinnych. Młody mężczyzna często ucieka z domu, czego skutkiem jest zaostrzenie się choroby. Ale nawet jeśli matce udaje się syna znaleźć i odwieźć do szpitala psychiatrycznego, nie chcą go tam przyjąć.

- Wszystkie problemy spadają na mnie – mówi Jadwiga R. z Rudy Śląskiej, z zawodu księgowa. – Ci, którzy opiekują się psychicznie chorymi, są zdani tylko na siebie. Najlepiej, gdyby swoim nieszczęściem nie zawracali innym głowy. Nie wiem już, jak przekonać pracowników różnych instytucji, że mój syn czasem wymaga leczenia w szpitalu.

Ostatnio, całkowicie ubezwłasnowolniony Marian R., którego jedyną opiekunką jest matka (ojciec od lat nie daje znaku życia), znowu zaczął słyszeć dziwne głosy. Stawał się agresywny, nie było z nim kontaktu. W końcu uciekł z domu. W czasie takich wędrówek prawie nic nie je, chodzi półnago, nęka ludzi. Jest wycieńczony. Matka żyje w strachu o jego bezpieczeństwo.

Niech wraca sam
- Muszę walczyć o to, żeby leczył się w szpitalu. To już kolejna jego ucieczka – wyjaśnia matka. – Przed każdą zachowuje się dziwnie, na przykład wychodzi rozebrany na balkon i krzyczy. Sąsiedzi są źli na mnie, a ja nic nie mogę zrobić. Kiedy ucieka, mija kilka miesięcy, zanim uda mi się go odnaleźć i sprowadzić do domu.
Tym razem policja szybko odnalazła uciekiniera i odwiozła do szpitala w Lublińcu. Funkcjonariusze natychmiast zawiadomili matkę, gdzie przebywa jej syn.
- Ucieszyłam się, że trafił do szpitala. Marian nie chce się leczyć, więc zawiezienie go na wizytę do lekarza wymaga ode mnie nadludzkiego wysiłku – opowiada matka. – Niestety, kiedy już wyjeżdżałam udzielić wywiadu, szpital zawiadomił mnie, że syna nie ma. Wypuścili go, żeby sam wrócił do domu. Oczywiście skorzystał z okazji i zniknął.
Jadwiga R. jest rozżalona, że chorych psychicznie traktuje się w szpitalach jak balast. Nikt jej nie wyjaśnił, dlaczego nie czekając na nią wypuszczono syna.
- Wiedzieli przecież, że przywiozła go policja, że jest poszukiwany i chory psychicznie. Nie obchodziło ich, że z Rudy Śląskiej do Lublińca jest kawał drogi. A teraz znowu żyję w strachu, bo nie wiem, gdzie syn jest i co robi – płacze kobieta.
- Spotkało mnie nieszczęście, którego nikt nie jest w stanie zrozumieć – wyznaje matka chorego. – Jestem sama, z synem nie mam kontaktu, żyję w zagrożeniu. Ale najgorsze, że nie mogę mu pomóc. Wiem, że nadchodzi atak i syn powinien trafić do szpitala, ale nikt mi nie wierzy. Musi uciec, przestraszyć kogoś, pobić mnie, żeby zabrano go do szpitala.
Kiedyś Marian R. tylko dlatego dostał się do szpitala, że sąsiedzi podpisali oświadczenie, że czują się zagrożeni. Ale syn nie zawsze atakuje obcych ludzi. Czasem agresję wyładowuje na sobie lub na matce. Często tylko grozi pobiciem, a potem ucieka z domu.

Diagnoza: schizofrenia
- Długo nie chciałam uwierzyć, że jest psychicznie chory. Jako dziecko syn był zamknięty w sobie, małomówny, ale dobrze uczył się w technikum, lubił matematykę. Mocno przeżył odejście ojca. Kiedy był nastolatkiem, zaczęły się kłopoty. W szkole zachowywał się dziwnie, niezrozumiale, potem przestał do niej chodzić. Musiałam go przed wszystkimi tłumaczyć, a on swoją agresję kierował na mnie. Bił mnie, atakował podczas napadów furii. A to przecież dzisiaj duży, silny mężczyzna.
Jadwigę R. wiele kosztowało skierowanie niepracującego i nieuczącego się syna na leczenie. Kiedy zgłaszała pobicie, policja twierdziła, że musi łapać bandytów, a nie wysyłać ludzi do szpitala.
W Toszku u Mariana R. stwierdzono schizofrenię. Przyznano mu rentę. Powinien stale brać leki i zgłaszać się do poradni, ale chory nie chce tego robić. Nie wykonuje żadnych poleceń.

U kresu sił
Sąd Rejonowy w Rudzie Śląskiej poinformował Jadwigę R.: “Sąd wyjaśnia, że zgodnie z art. 30 ustawy o ochronie zdrowia psychicznego, do wniosku o leczenie osoby chorej psychicznie należy dołączyć opinię lekarza psychiatry, szczegółowo uzasadniającą potrzebę leczenia w szpitalu. Należy przesłać sądowi aktualne badania chorego”.
- Ale jak to zrobić, kiedy on odmawia wizyt u lekarza? Nie zaciągnę go tam siłą. Nawet zawieziony do szpitala przez policję, jest stamtąd zwalniany bez badań – mówi Jadwiga R.
Zdaniem Jadwigi R., szpitale robią wszystko, żeby nie przyjąć kolejnego chorego. A tylko takie leczenie w przypadku Mariana R. daje skutek. W domu przesiaduje w swoim pokoju do czasu, aż nie nastąpi pogorszenie. Wtedy demoluje mieszkanie, bije matkę i ucieka.
- Złamałam nogę i musiałam kilka dni przeleżeć w szpitalu. Został sam. Nic nie jadł, żył wśród brudu i śmieci. Wypisałam się szybciej, żeby się nim opiekować. Wtedy właśnie mu się pogorszyło i znowu mnie zaatakował. Nie chcę go oddać na zawsze do szpitala czy zakładu, ale chciałabym, żeby na moją prośbę mógł w porę trafić do szpitala. Okazuje się, że to niemożliwe. Jestem u kresu sił. Nie mam się do kogo zwrócić. Nie mogę ratować własnego dziecka. Czy to, że walczę o leczenie go w szpitalu, jest z mojej strony egoizmem i brakiem serca, jak to kiedyś usłyszałam? – pyta udręczona matka.

Czy matka chorego psychicznie syna ma rację, kiedy żąda umieszczenia go w szpitalu po każdym jej sygnale? Co powinna zrobić, żeby w tej sytuacji nie czuć się tak bezradnie? A może chce się go na jakiś czas pozbyć, choćby po to, żeby odpocząć? Co ty zrobiłbyś na jej miejscu?

DODAJ SWOJĄ OPINIĘ

KRZYSZTOF CZUMA, lekarz psychiatra, dyrektor Centrum
Psychiatrii w Katowicach:

- Ustawa o ochronie zdrowia psychicznego mówi o dobrowolności leczenia pacjenta, ale to sprawia, że opiekunowie czasem skarżą się na bezradność i brak zrozumienia ze strony różnych instytucji. Jeśli chory stanowi zagrożenie dla siebie i otoczenia, jeśli zdradza wyraźne, niepokojące objawy, nawet wbrew jego woli można zawieźć go karetką pogotowia z eskortą policji do lekarza psychiatrii. Aktualne wyniki badań trzeba bardzo szybko złożyć w Sądzie Rejonowym i wtedy dopiero starać się o przymusowe leczenie chorego w szpitalu.

Ale szpital nie jest jedynym wyjściem. Bliscy chorych, z którymi życie bywa bardzo trudne, powinni szukać wsparcia w pozaszpitalnej opiece psychiatrycznej, we własnym środowisku. W miarę możliwości należy także zadbać o to, żeby chory miał jakąś pracę i akceptowane przez siebie obowiązki. Dobre wyniki daje często praca w warsztatach terapii zajęciowej. To może sprawić, że agresja chorego osłabnie.

KRZYSZTOF GOLONKO, specjalista neurolog i psychiatra:

- W nowoczesnej terapii psychiatrycznej w leczeniu uczestniczy bliska rodzina chorego. Jest to potrzebne zwłaszcza w polskim społeczeństwie, gdzie tolerancja wobec chorych psychicznie nie jest najlepsza. Ludzie się ich obawiają, chociaż statystycznie biorąc, tacy chorzy nie popełniają więcej przestępstw niż osoby zdrowe. Niedostatek tolerancji bierze się być może z braku informacji i wiedzy na ten temat.

Ustawa psychiatryczna jest w teorii dobra, ale w praktyce – gorsza. Można leczyć chorego wbrew jego woli, jeśli stanowi zagrożenie, lub jego nieleczenie mogłoby pogorszyć stan zdrowia pacjenta. Niestety, brak form leczenia pośredniego między szpitalem a poradnią. Gdy chory nie chce przyjść do lekarza, to nie przyjdzie. Zapracowani lekarze też nie odwiedzą pacjenta w domu. Wobec tego do gabinetów lekarskich trafiają pacjenci już bardzo pobudzeni, przywiezieni na siłę, których nie da się dobrze zbadać. Niestety, do takich właśnie zdarzeń dochodzi zbyt często.

Autor artykułu: GRAŻYNA KUŹNIK

W matni

Friday, July 27th, 2001

Matka chorego na schizofrenię Mariana R. nigdzie nie znajduje pomocy. Sąsiedzi mają ich dość, znajomi dawno się odwrócili, a policja nie chce mieszać się do spraw rodzinnych. Młody mężczyzna często ucieka z domu, czego skutkiem jest zaostrzenie się choroby. Ale nawet jeśli matce udaje się syna znaleźć i odwieźć do szpitala psychiatrycznego, nie chcą go tam przyjąć.

- Wszystkie problemy spadają na mnie – mówi Jadwiga R. z Rudy Śląskiej, z zawodu księgowa. – Ci, którzy opiekują się psychicznie chorymi, są zdani tylko na siebie. Najlepiej, gdyby swoim nieszczęściem nie zawracali innym głowy. Nie wiem już, jak przekonać pracowników różnych instytucji, że mój syn czasem wymaga leczenia w szpitalu.

Ostatnio, całkowicie ubezwłasnowolniony Marian R., którego jedyną opiekunką jest matka (ojciec od lat nie daje znaku życia), znowu zaczął słyszeć dziwne głosy. Stawał się agresywny, nie było z nim kontaktu. W końcu uciekł z domu. W czasie takich wędrówek prawie nic nie je, chodzi półnago, nęka ludzi. Jest wycieńczony. Matka żyje w strachu o jego bezpieczeństwo.

Niech wraca sam
- Muszę walczyć o to, żeby leczył się w szpitalu. To już kolejna jego ucieczka – wyjaśnia matka. – Przed każdą zachowuje się dziwnie, na przykład wychodzi rozebrany na balkon i krzyczy. Sąsiedzi są źli na mnie, a ja nic nie mogę zrobić. Kiedy ucieka, mija kilka miesięcy, zanim uda mi się go odnaleźć i sprowadzić do domu.
Tym razem policja szybko odnalazła uciekiniera i odwiozła do szpitala w Lublińcu. Funkcjonariusze natychmiast zawiadomili matkę, gdzie przebywa jej syn.
- Ucieszyłam się, że trafił do szpitala. Marian nie chce się leczyć, więc zawiezienie go na wizytę do lekarza wymaga ode mnie nadludzkiego wysiłku – opowiada matka. – Niestety, kiedy już wyjeżdżałam udzielić wywiadu, szpital zawiadomił mnie, że syna nie ma. Wypuścili go, żeby sam wrócił do domu. Oczywiście skorzystał z okazji i zniknął.
Jadwiga R. jest rozżalona, że chorych psychicznie traktuje się w szpitalach jak balast. Nikt jej nie wyjaśnił, dlaczego nie czekając na nią wypuszczono syna.
- Wiedzieli przecież, że przywiozła go policja, że jest poszukiwany i chory psychicznie. Nie obchodziło ich, że z Rudy Śląskiej do Lublińca jest kawał drogi. A teraz znowu żyję w strachu, bo nie wiem, gdzie syn jest i co robi – płacze kobieta.
- Spotkało mnie nieszczęście, którego nikt nie jest w stanie zrozumieć – wyznaje matka chorego. – Jestem sama, z synem nie mam kontaktu, żyję w zagrożeniu. Ale najgorsze, że nie mogę mu pomóc. Wiem, że nadchodzi atak i syn powinien trafić do szpitala, ale nikt mi nie wierzy. Musi uciec, przestraszyć kogoś, pobić mnie, żeby zabrano go do szpitala.
Kiedyś Marian R. tylko dlatego dostał się do szpitala, że sąsiedzi podpisali oświadczenie, że czują się zagrożeni. Ale syn nie zawsze atakuje obcych ludzi. Czasem agresję wyładowuje na sobie lub na matce. Często tylko grozi pobiciem, a potem ucieka z domu.

Diagnoza: schizofrenia
- Długo nie chciałam uwierzyć, że jest psychicznie chory. Jako dziecko syn był zamknięty w sobie, małomówny, ale dobrze uczył się w technikum, lubił matematykę. Mocno przeżył odejście ojca. Kiedy był nastolatkiem, zaczęły się kłopoty. W szkole zachowywał się dziwnie, niezrozumiale, potem przestał do niej chodzić. Musiałam go przed wszystkimi tłumaczyć, a on swoją agresję kierował na mnie. Bił mnie, atakował podczas napadów furii. A to przecież dzisiaj duży, silny mężczyzna.
Jadwigę R. wiele kosztowało skierowanie niepracującego i nieuczącego się syna na leczenie. Kiedy zgłaszała pobicie, policja twierdziła, że musi łapać bandytów, a nie wysyłać ludzi do szpitala.
W Toszku u Mariana R. stwierdzono schizofrenię. Przyznano mu rentę. Powinien stale brać leki i zgłaszać się do poradni, ale chory nie chce tego robić. Nie wykonuje żadnych poleceń.

U kresu sił
Sąd Rejonowy w Rudzie Śląskiej poinformował Jadwigę R.: “Sąd wyjaśnia, że zgodnie z art. 30 ustawy o ochronie zdrowia psychicznego, do wniosku o leczenie osoby chorej psychicznie należy dołączyć opinię lekarza psychiatry, szczegółowo uzasadniającą potrzebę leczenia w szpitalu. Należy przesłać sądowi aktualne badania chorego”.
- Ale jak to zrobić, kiedy on odmawia wizyt u lekarza? Nie zaciągnę go tam siłą. Nawet zawieziony do szpitala przez policję, jest stamtąd zwalniany bez badań – mówi Jadwiga R.
Zdaniem Jadwigi R., szpitale robią wszystko, żeby nie przyjąć kolejnego chorego. A tylko takie leczenie w przypadku Mariana R. daje skutek. W domu przesiaduje w swoim pokoju do czasu, aż nie nastąpi pogorszenie. Wtedy demoluje mieszkanie, bije matkę i ucieka.
- Złamałam nogę i musiałam kilka dni przeleżeć w szpitalu. Został sam. Nic nie jadł, żył wśród brudu i śmieci. Wypisałam się szybciej, żeby się nim opiekować. Wtedy właśnie mu się pogorszyło i znowu mnie zaatakował. Nie chcę go oddać na zawsze do szpitala czy zakładu, ale chciałabym, żeby na moją prośbę mógł w porę trafić do szpitala. Okazuje się, że to niemożliwe. Jestem u kresu sił. Nie mam się do kogo zwrócić. Nie mogę ratować własnego dziecka. Czy to, że walczę o leczenie go w szpitalu, jest z mojej strony egoizmem i brakiem serca, jak to kiedyś usłyszałam? – pyta udręczona matka.

Czy matka chorego psychicznie syna ma rację, kiedy żąda umieszczenia go w szpitalu po każdym jej sygnale? Co powinna zrobić, żeby w tej sytuacji nie czuć się tak bezradnie? A może chce się go na jakiś czas pozbyć, choćby po to, żeby odpocząć? Co ty zrobiłbyś na jej miejscu?

DODAJ SWOJĄ OPINIĘ

KRZYSZTOF CZUMA, lekarz psychiatra, dyrektor Centrum
Psychiatrii w Katowicach:

- Ustawa o ochronie zdrowia psychicznego mówi o dobrowolności leczenia pacjenta, ale to sprawia, że opiekunowie czasem skarżą się na bezradność i brak zrozumienia ze strony różnych instytucji. Jeśli chory stanowi zagrożenie dla siebie i otoczenia, jeśli zdradza wyraźne, niepokojące objawy, nawet wbrew jego woli można zawieźć go karetką pogotowia z eskortą policji do lekarza psychiatrii. Aktualne wyniki badań trzeba bardzo szybko złożyć w Sądzie Rejonowym i wtedy dopiero starać się o przymusowe leczenie chorego w szpitalu.

Ale szpital nie jest jedynym wyjściem. Bliscy chorych, z którymi życie bywa bardzo trudne, powinni szukać wsparcia w pozaszpitalnej opiece psychiatrycznej, we własnym środowisku. W miarę możliwości należy także zadbać o to, żeby chory miał jakąś pracę i akceptowane przez siebie obowiązki. Dobre wyniki daje często praca w warsztatach terapii zajęciowej. To może sprawić, że agresja chorego osłabnie.

KRZYSZTOF GOLONKO, specjalista neurolog i psychiatra:

- W nowoczesnej terapii psychiatrycznej w leczeniu uczestniczy bliska rodzina chorego. Jest to potrzebne zwłaszcza w polskim społeczeństwie, gdzie tolerancja wobec chorych psychicznie nie jest najlepsza. Ludzie się ich obawiają, chociaż statystycznie biorąc, tacy chorzy nie popełniają więcej przestępstw niż osoby zdrowe. Niedostatek tolerancji bierze się być może z braku informacji i wiedzy na ten temat.

Ustawa psychiatryczna jest w teorii dobra, ale w praktyce – gorsza. Można leczyć chorego wbrew jego woli, jeśli stanowi zagrożenie, lub jego nieleczenie mogłoby pogorszyć stan zdrowia pacjenta. Niestety, brak form leczenia pośredniego między szpitalem a poradnią. Gdy chory nie chce przyjść do lekarza, to nie przyjdzie. Zapracowani lekarze też nie odwiedzą pacjenta w domu. Wobec tego do gabinetów lekarskich trafiają pacjenci już bardzo pobudzeni, przywiezieni na siłę, których nie da się dobrze zbadać. Niestety, do takich właśnie zdarzeń dochodzi zbyt często.

Autor artykułu: GRAŻYNA KUŹNIK

Rozmowa z DOROTĄ STALIŃSKĄ, aktorką

Friday, July 27th, 2001

- Na tegorocznym Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach znalazła się pani w grupie 12 aktorów, którzy w tym roku odcisnęli swoje dłonie na Promenadzie Gwiazd. Jak pani odebrała to wyróżnienie?
- To było dla mnie ogromne przeżycie. Rzeczywiście miałam przyjemność znaleźć się przy odciskaniu swoich dłoni w doborowym towarzystwie. Jestem dumna, tym bardziej że właśnie w tym roku obchodzę dwudziestopięciolecie pracy artystycznej. Festiwal w Międzyzdrojach jest festiwalem wyjątkowym, przyciągającym największe rzesze publiczności. Tysiące ludzi od lat ściągają na spotkania z aktorami do Międzyzdrojów.

- Od dawna znana jest pani jako wielka propagatorka różnych dyscyplin sportu. Czy wyobraża sobie pani wypoczynek bez ruchu?
- Nie. Absolutnie nie. Ruch i miłość do sportu zaszczepili nam rodzice, całej naszej czwórce rodzeństwa. Od dziecka pływaliśmy, jeździliśmy na nartach, graliśmy w tenisa… Sprawność fizyczna jest dla mnie motorem życia i receptą na zachowanie młodości. Choć mój zawód uniemożliwia wyczynowe uprawianie sportu, staram się we wszystkich dyscyplinach być dobra. Na przykład w judo mam czarny pas. W młodości byłam mistrzem młodzików w gimnastyce przyrządowej, byłam też mistrzem okręgu gdańskiego w pływaniu, należałam do klubu płetwonurków Posejdon w Gdyni. Jestem rodzoną gdańszczanką, a tym samym czuję się człowiekiem morza i wody. Jako zodiakalnego Bliźniaka pociąga mnie wiele sportowych dyscyplin. Jeżdżę konno, uprawiam szermierkę, gram w golfa, ping-ponga, tenisa itp., itd. Codziennie ćwiczę jogę, która oprócz sprawności fizycznej jest jak wiadomo swoistą filozofią. Uczy pogody ducha i pozytywnego myślenia. Wierzę, że jeśli wychodzisz do ludzi i świata z uśmiechem, świat i ludzie ci ten uśmiech oddają. Od lat staram się miłość do sportu zaszczepić mojemu synowi. Z dumą stwierdzam, że w niektórych dziedzinach Paweł jest ode mnie lepszy. Ja po raz pierwszy zjechałam na nartach z Kasprowego mając sześć lat, on tego dokonał w wieku czterech lat. Nauczyłam go wielu sportowych umiejętności. Wspólnie gramy w tenisa, ping-ponga, pływamy, strzelamy z łuku, fechtujemy, jeździmy konno, łowimy ryby, zbieramy grzyby, gramy w szachy itp. Jest moim partnerem we wszystkim, co kocham.

- W Międzyzdrojach otrzymała pani tytuł Gwiazdy Pełnej Wigoru. Jak pani to robi, że wciąż tryska młodością, optymizmem i ogromną witalnością?
- Obiecałam synowi, że będę młoda aż do późnej starości i staram się wywiązać z danego mu słowa. Paweł ma dopiero dwanaście lat, więc czeka mnie jeszcze sporo pracy – i Pawła też. Właśnie wrócił z obozu żeglarskiego. Ponieważ kapitan Roman Paszke jest moim szkolnym kolegą, mieliśmy ostatnio okazję wyruszyć z jego fantastyczną załogą w pierwszy nasz wspólny rejs katamaranem Warta-Polpharma. To było wielkie przeżycie. Przepłynęliśmy prawie 300 mil morskich ze Szczecina do Gdyni i z dumą muszę stwierdzić, że mój syn się sprawdził. Otrzymanie tytułu Gwiazdy Pełnej Wigoru było dla mnie ogromnie miłym zaskoczeniem i wyróżnieniem. Dodatkową przyjemność sprawiła mi dołączona do tytułu nagroda, ufundowana przez producenta preparatów witaminowych Vigor, wysokiej klasy sprzęt do gry w golfa, o którym dotąd mogłam tylko marzyć.

- Po ciężkim wypadku samochodowym, z którego wyszła pani niemal cudem z życiem, dzięki pani ogromnemu uporowi i niezłomnej woli walki, na skrzyżowaniu, gdzie doszło do wypadku, pojawiła się sygnalizacja świetlna. Od pół roku funkcjonuje zarejestrowana Fundacja Doroty Stalińskiej “Nadzieja” działająca na rzecz poprawy bezpieczeństwa na polskich drogach. Skąd w pani ta determinacja?
- Nasze drogi są dzisiaj tak niebezpieczne, że wychodząc z domu powinniśmy tak jak górnicy żegnać się z całą rodziną, bo nigdy nie wiadomo, czy uda nam się do tego domu wrócić. Stąd moje zaangażowanie na rzecz poprawy bezpieczeństwa, a wręcz poczucie misji do spełnienia. Hasło mojej Fundacji brzmi: nie warto umierać na drodze. Na tegorocznym Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach Fundacja miała swoje stoisko. I to był wielki sukces. Moi wspaniali koledzy aktorzy: Bogusław Linda, Beata Tyszkiewicz, Adam Hanuszkiewicz, Cezary Pazura, Paweł Deląg, Krzysztof Kowalewski i inni rozdawali autografy, my rozdawaliśmy odblaski, a ludzie wrzucali pieniążki do fundacyjnej puszki. Za te pieniądze kupimy kolejne odblaski i rozdamy kolejnym dzieciom, by były z daleka widoczne na drogach. Wciąż zabiegamy o nowych sponsorów i fundatorów nagród dla naszej akcji.

Autor artykułu: Rozmawiała: ELWIRA ZBOROWSKA

Hannibal w “Glorii”

Thursday, July 26th, 2001

Na premierę filmu “Hannibal” w reżyserii Ridley’a Scotta zaprasza jutro bytomskie kino “Gloria”.

W głównych rolach zobaczymy takie gwiazdy jak Anthony Hopkins, Julianne Moore, Gary Oldman, Ray Lyotta. To film dla ludzi o silnych nerwach. Na wszystkich, którzy przyjdą na premierę czeka poczęstunek, konkurs i interesujące nagrody. Bilety kosztują 15 złotych. Początek piątkowego seansu o godz. 21.00.

Dla Czytelników “DZ” mamy trzy pojedyncze zaproszenia na “Hannibala”. Można je odebrać na hasło “Dziennik Zachodni” w kasie kina w dzień premiery od godz. 12.30.

Autor artykułu: kam

Dewastacja w centrum

Thursday, July 26th, 2001

Na ulicy Kwietniewskiego, w samym centrum Bytomia znajdują się najprawdziwsze slumsy. Kiedyś były tam sklepy, restauracja. Teraz opuszczone pomieszczenia straszą przechodniów powybijanymi oknami, stosami śmieci i… zapachem. Czy tak powinno wyglądać centrum miasta?

Wsprawie opłakanego stanu, w jakim znajdują się budynki przy Kwietniewskiego, w bytomskiej redakcji “DZ” interweniowało wiele osób. Bytomianie są oburzeni, że kilka kroków od placu Kościuszki, w samym centrum miasta dopuszczono do takiej dewastacji.

- Chodzę tamtędy codziennie. Śmierdzi tam tak, że dosłownie trzeba zatykać nos – mówi jedna z naszych Czytelniczek (nazwisko do wiadomości redakcji). – Ostatnio widziałam, że walały się tam jakieś spalone gazety. Jeżeli ktoś czegoś w tej sprawie nie zrobi, wszystko może pójść z dymem. Co na to Straż Miejska, która przecież powinna pilnować porządku?
Jerzy Kryszak, komendant bytomskiej Straży Miejskiej powiedział “DZ”, że do niego jeszcze żadna oficjalna skarga w sprawie slumsów przy Kwietniewskiego nie wpłynęła.

- Mogę tylko podziękować za sygnał. Zajmiemy się tym – obiecał.
Zdewastowane kamienice przy Kwietniewskiego to własność gminy.

Administruje nimi Zakład Budynków Miejskich. Adam Tatarczuch, prezes ZBM, powiedział “DZ”, że bez decyzji władz miasta niewiele może w tej sprawie zrobić.

- My tylko administrujemy miejskimi kamienicami. Wszelkie decyzje dotyczące remontów podejmują władze miasta – stwierdził.

- Wiemy, że wygląda to nieciekawie, ale to stan przejściowy – powiedział “DZ” Jerzy Sikorski, naczelnik Wydziału Gospodarki Komunalnej w bytomskim Urzędzie Miejskim. – Za jakieś dwa lata, kiedy ,Kwartał” będzie gotowy, sytuacja powinna się unormować, być może kamienice zostaną sprzedane.

Co będzie się działo z nimi do tego czasu?

- Zobowiążemy ZBM do podjęcia bardziej zdecydowanych działań w kwestii ich zabezpieczenia – obiecał ,DZ” naczelnik Sikorski.

Autor artykułu: ks

Szansa na bis

Thursday, July 26th, 2001

Gorąca dyskusja towarzyszyła wczorajszemu Nadzwyczajnemu Walnemu Zgromadzeniu Akcjonariuszy Zakładów Odzieżowych Bytom SA. Nic dziwnego. W ciągu kilku godzin ważyły się losy spółki i jej pracowników. Ostatecznie akcjonariusze zdecydowali, że mimo poważnych kłopotów, spółka nie zostanie postawiona w stan likwidacji.

O fatalnej sytuacji Zakładów Odzieżowych pisaliśmy na łamach “DZ” kilkakrotnie. Przypomnijmy tylko, że ZO mają ponad 40 mln długu. Tylko ZUS-owi spółka winna jest około czterech mln złotych. ZO nie po raz pierwszy stanęły przed groźbą likwidacji. W 1998 roku również odbyło się Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy. Już wtedy firma wykazała duże straty. Akcjonariusze zdecydowali jednak, że lepszy od likwidacji będzie program restrukturyzacyjny. Po kilku latach sytuacja wróciła jednak do punktu wyjścia. – Jest znacznie gorzej niż było. Nie chodzi tylko o niekorzystny kurs marki. Przez cały czas ponosiliśmy koszty restrukturyzacji firmy – mówił wczoraj Cezary Przybysławski, prezes ZO Bytom.

Wczoraj w Bytomiu spotkali się najwięksi akcjonariusze spółki m. in. przedstawiciele warszawskiego Banku Handlowego oraz firmy Octavia, polskiej spółki z francuskim kapitałem. Zdania na temat dalszej przyszłości ZO były podzielone. Część udziałowców otwarcie mówiła, że spółka ciągle zatrudnia zbyt dużą ilość ludzi. Przedstawiciele Ministerstwa Skarbu Państwa (trzy procent akcji) nie przychylali się do likwidacji twierdząc, że warto doprowadzić do końca program restrukturyzacyjny. Podobnego zdania był Fryderic Decazes, prezes Spółki Octavia. – Jestem za dalszą działalnością firmy. Przemysł lekki nie jest może najlepiej funkcjonującą branżą. Ale może przynosić dochody – przekonywał pozostałych akcjonariuszy Decazes.

Ostatecznie zdecydowano, że przynajmniej przez pewien czas, spółka nie zostanie postawiona w stan likwidacji.

Autor artykułu: JOANNA LIDOCHOWSKA

Jeszcze lepszy Małysz

Wednesday, July 25th, 2001

- Zawodnicy są w zdecydowanie lepszej formie. Adam skacze jeszcze lepiej niż rok temu, a już wtedy skakał dobrze. Ciągle się rozwija – powiedział Apoloniusz Tajner, trener polskich skoczków podczas sobotniej imprezy “Skok do Europy” pod patronatem “DZ”.

Na imprezie zjawił się tłum ludzi, którzy przyszli zobaczyć Adama Małysza. Sam skoczek uważał, że nie tylko jego osoba zadziałała jak magnes.

- Ci ludzie nie przyszli tylko dla mnie. Przyszli też dla zespołów i dlatego, że chcieli się zabawić. To jedna z największych imprez, jakie się odbyły w Wiśle. Szkoda tylko, że pogoda nie dopisała – stwierdził Małysz. W trakcie zabawy w Internecie licytowano drewniane skocznie narciarskie, które można ustawić na dowolnym terenie. Zrobiono je głównie dla początkujących skoczków, których po sukcesach Adama Małysza pojawiło się mnóstwo.

- To pozytywny objaw mojej popularności. Ale muszę sobie jakoś z tym radzić. Prywatnego życia nie mam w ogóle. Chyba muszę zrobić w życiu swoje, a czas na wypoczynek będzie później – stwierdził Małysz, dla którego teraz głównym celem będą igrzyska olimpijskie.

- Mam nadzieję, że przygotowania będą przebiegać dobrze. Teraz trochę nam jest trudno. Wielu organizatorów chce, abyśmy uczestniczyli w ich imprezach. To krzyżuje plany. Ostatnio przez dwa tygodnie byliśmy w Zakopanem. Praktycznie siedziałem cały czas w hotelu, bo gdybym wyszedł na Krupówki, pewnie długo bym nie pochodził. Teraz wyjedziemy na obozy zagraniczne i tam będziemy się przygotowywać – wyjaśnił skoczek.

Trener Tajner był zadowolony z formy podopiecznych. – Sytuacja jest dobra, bo pozostali zawodnicy prezentują wyrównany poziom, tak jak Mateja czy Skupień. Sam jestem ciekaw, jak się nam ułoży w zimie. Na pewno będzie łatwiej wyłonić tego czwartego niż w ubiegłych latach – przyznał Apoloniusz Tajner.

Autor artykułu: ŁUKASZ KLIMANIEC