Archive for October, 2001

Przerażona Malinka

Wednesday, October 31st, 2001

Hodowcy owiec z Wisły-Malinki żyją w strachu o swoje stada owiec. Od kilku miesięcy wataha wilków schodzi do doliny, podkrada się do zagród i zagryza im zwierzęta. Giną też sarny. Według szacunków myśliwych, w Beskidzie Śląskim drapieżniki zabiły od sierpnia 20 owiec i około 200 saren.

Kiedyś wilki licznie występowały w lasach Baraniej Góry, ale w połowie minionego wieku prawie zupełnie je wytępiono. Pierwsza większa wataha przywędrowała do Wisły najprawdopodobniej z Żywiecczyzny, Słowacji albo Czech dopiero w ubiegłym roku. Od tego czasu stado rozrosło się z kilku do kilkunastu sztuk. Teraz, według szacunków myśliwych, drapieżników jest od 10 do 14. Na czas odchowu małych zamieszkiwały one na niewielkiej górze, Zielonym Kopcu. Świadczą o tym nory, w których samica wychowywała młode oraz pozostawione odchody, kości i sierść zjedzonych łań. Obecnie wilki w poszukiwaniu zwierzyny wędrują gdzieś na szlaku między Wisłą a Brenną. Jako że saren i jeleni zaczyna im brakować, drapieżniki wzięły się za hodowane w dolinach owce.

Wilki, chociaż boją się ludzi i unikają z nimi kontaktu, w Wiśle podchodzą bardzo blisko domostw. W Malince wataha zagryzła kilkadziesiąt owiec. Myśliwi uważają, że zagrożone mogą być dzieci, które leśnymi odstępami wracają wieczorami ze szkoły.

- Wilk zazwyczaj atakuje nocą, ale te robią to ostatnio również w dzień. Gdy w lesie będzie coraz mniej zwierzyny, głodne drapieżniki mogą wyjść z lasu i, nie dam głowy, ale mogą zacząć atakować dzieci – obawia się Adam Madzia, prezes Koła Łowieckiego Jarząbek.

Wilki są chronione. Zezwolenie na odstrzał dostaje się po długiej i bardzo skomplikowanej procedurze. Wiślańscy myśliwi zainteresowali już tym burmistrza, ale ten musi dopiero wystąpić do wojewódzkiego konserwatora przyrody. – Kilka sztuk wilków by nam nie zaszkodziło. Ale teraz jest ich stanowczo za dużo – tłumaczy Madzia i pokazuje jedną z zagryzionych owiec. – Jedynym plusem występowania wilków w naszych lasach jest to, że zniknęły lisy, a zaczęły się pojawiać głuszce.

Wilk żywi się drobnymi zwierzętami, ptakami, ale także dużymi zwierzętami takimi jak jelenie, łosie. Uzupełnieniem diety są owoce i runo leśne. Zdrowe drapieżniki nie atakują raczej ludzi. Należy jednak pamiętać, że prowokujące dla wilka mogą być szybkie ruchy, paniczna ucieczka lub uporczywe wpatrywanie się w oczy wilka.

Autor artykułu: WOJCIECH TRZCIONKA

Szukanie oszczędności

Wednesday, October 31st, 2001

ŻYWIEC
Podczas poniedziałkowego posiedzenia Zarządu Powiatu poruszono kwestię prowadzonej od 1999 r. inwestycji związanej z budową poradni psychiatrycznej i leczenia uzależnień na ul. Żwirowej w Żywcu-Sporyszu. – Po zakończeniu tej inwestycji zostałyby zlikwidowane dwa oddziały w Jeleśni i Międzybrodziu Bialskim. Mają one 44 łóżka. A Żwirowa miałaby ich 50 – tłumaczy Stanisław Kucharczyk, rzecznik starostwa. – Poprzez połączenie dwóch oddziałów zaoszczędzilibyśmy 40 tys. zł miesięcznie. Pomogłoby to zmniejszyć zadłużenie, które poprzez odsetki powiększa się. Na dokończenie inwestycji potrzeba 1 mln 100 tys. zł. Gdyby były pieniądze, oddział mógłby rozpocząć działalność na początku przyszłego roku.

Autor artykułu: (ps)

Rysunek i grafika

Tuesday, October 30th, 2001

W filii nr 11 Miejskiej Biblioteki Publicznej przy ul. Kopernika 3 otwarto wystawę rysunku, malarstwa i grafiki Katarzyny Kani (uczennicy katowickiego Liceum Sztuk Plastycznych) i Renaty Kani (absolwentki Instytutu Sztuki w Cieszynie).

Autor artykułu: (KS)

Półmetek kanalizacji

Tuesday, October 30th, 2001

Niebawem budowa sieci kanalizacyjnej w Wyrach osiągnie półmetek. Środki pozabudżetowe, jakie gmina zamierza uzyskać w najbliższym czasie, pozwolą na kontynuowanie robót, których zakończenie planowane jest na 2006 rok.

Jednocześnie jednak konieczna staje się rozbudowa oczyszczalni ścieków, by można było przyłączyć do niej pozostałe nieruchomości oraz kanalizację sanitarną w Gostyni. Projekt rozbudowy oczyszczalni ma być gotowy w przyszłym roku.

Przewiduje się, że inwestycja gostyńska realizowana będzie w latach 2002 – 2010.

Autor artykułu: (l)

Dużo walki

Tuesday, October 30th, 2001

Derbowy mecz dostarcza zwykle sporo emocji. Nie inaczej było w miniony piątek na Bukowej podczas spotkania GKS – Górnik. Obie drużyny znajdowały się w diametralnie różnej sytuacji.

Gospodarze wciąż mają szansę awansu do czołowej ósemki, natomiast zabrzanie jeszcze przed spotkaniem wiedzieli, że przyjdzie im walczyć w drugiej ósemce o pozostanie w ekstraklasie. Piłkarze Górnika zdawali sobie jednak sprawę z tego, że w drugiej części rozgrywek liczyć się będą punkty zdobyte wcześniej.

Na stadionie przy ulicy Bukowej pojawiło się wiele znanych osób ze świata śląskiej piłki nożnej. Nic dziwnego, bo na derby warto się pokazać.

Gospodarze przeżywają ogromne kłopoty organizacyjne. Dopiero o 14.00, a więc na pięć godzin przed meczem włączono prąd. Na korytarzach było zimno, czuć było, że nie działało ogrzewanie.

Schodzący do szatni po meczu bramkarz Górnika Andrzej Bledzewski stwierdził, że jest tam jedynie pięciolitrowy bojler z ciepłą wodą, więc zabrzanie pojechali się wykąpać na swój stadion.

Bohaterem meczu był bez wątpienia napastnik GKS Tomasz Moskała. Strzelił nie tylko decydującą o zwycięstwie bramkę, ale w wielu przypadkach był nieuchwytny dla obrońców Górnika.

- Zdaję sobie sprawę, że nasza gra pozostawiała wiele do życzenia. Zupełnie inaczej dla nas potoczyłby się ten mecz, gdyby Kubisz wykorzystał rzut karny. Gralibyśmy wtedy spokojniej i być może zdobylibyśmy więcej bramek. Dla nas jednak najważniejsze było zwycięstwo. Sporo było walki. Na razie nic konkretnego nie mogę powiedzieć na temat mojego ewentualnego przejścia do innej drużyny – komentował Moskała.

O tym, że piłkarze obu drużyn nie oszczędzali się najlepiej świadczy fakt, że w 84 minucie obrońca GKS Krzysztof Sadzawicki otrzymał czerwoną kartkę za groźnie wyglądający faul na Adamie Kompale.

- Otrzymałem słusznie czerwoną kartkę. Nie chciałem zrobić krzywdy Kompale. W ferworze walki jednak wszystko może się zdarzyć. Sędzia postąpił słusznie usuwając mnie z boiska – mówił Sadzawicki.

- Wiedziałem, że Moskała będzie zagrywał lewą nogą. Starałem się go nie atakować. To on mnie zahaczył, a nie ja jego – komentował Jacek Wiśniewski.

- Był to dla nas bardzo ciężki mecz. Jednak uważam, że zasłużyliśmy przynajmniej na remis. Teraz czeka nas również trudne spotkanie z Zagłębiem Lubin w Zabrzu. Postaramy się zrehabilitować i odnieść pierwsze w tym sezonie zwycięstwo na naszym boisku. W ten sposób postaramy się też pomóc GKS-owi w awansie do czołowej ósemki – zapewniał Tomasz Prasnal.

Autor artykułu: ANDRZEJ AZYAN

Dach “u Alberta”

Monday, October 29th, 2001

Do schroniska dla bezdomnych mężczyzn im. brata Alberta prowadzi wyboista droga. Budynek, w którym mieszkają został kilka lat temu poddany generalnemu remontowi, a kiedyś stanowił ruinę. Po obejściu biega kilka kur. W schronisku mieszka obecnie sześćdziesięciu mężczyzn. – Takie obłożenie mamy teraz przez cały rok – mówi Jan Sznajder, wiceprezes Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta.

Ci, którzy trafiają do schroniska decyzję taką podejmują samodzielnie, choć są także i tacy kierowani przez Ośrodek Pomocy Społecznej, szpitale czy zakłady karne. Mieszkańcy sami sobie gotują, sprzątają, piorą. Od kilku dni w budynku jest o wiele cieplej niż dotychczas. Staraniem organizacji pozarządowych oraz Miejskiego Zarządu Usług Komunalnych zamontowano kotłownię, w której jako paliwo służą zrębki drewna pochodzące z pielęgnacji zieleni miejskiej. Wcześniej na dwa pokoje (w większości stoją w nich piętrowe łóżka) przypadał jeden piec żarowy.

- Obecnie zmienił się przekrój bezdomności. To już nie są “giganty” z lat osiemdziesiątych – dodaje Jan Sznajder. – Idea schroniska jest taka, by nie stwarzać tu zbyt cieplarnianych warunków, ale inspirować do samodzielności. Od lokatorów wymagamy natomiast dobroczynności i pomocy na rzecz sąsiadów. Przede wszystkim staramy się wpoić potrzebę pracy nad sobą, łącznie z pracą nad uzależnieniem od alkoholu, z czym mieszkańcy mają największe problemy. Oczywiście przebywając w schronisku muszą się godzić na wyeliminowanie ze swego życia tak alkoholu, jak i papierosów.

W budynku schroniska znajduje się salka, w której odprawiane są msze święte, a na podwórku stoi kapliczka. Jedno z pomieszczeń natomiast jest przystosowywane tak, by wyglądało jak pokoik św. brata Alberta na Kalatówkach.

Gliwickie schronisko w około 30 proc. jest dofinansowywane z budżetu gminy. Wobec ogromu potrzeb pomoc ta jest jednak niewystarczająca. Opiekunowie codziennie borykają się z problemami finansowymi, a utrzymanie schronisk jest możliwe dzięki ludziom dobrej woli, dla których pojęcie “miłosierdzie” jest nie tylko okazjonalnym hasłem.

Adam Chmielowski (św. brat Albert) urodził się w szlacheckiej rodzinie. W Powstaniu Styczniowym stracił nogę, Mimo, że miał raptem osiemnaście lat, nie załamał się, lecz z uporem szukał swojej życiowej drogi. Studiował malarstwo i dał się poznać jako doskonały artysta. W pełni sił twórczych, w wieku 42 lat postanowił poświęcić swoje życie ludziom bezdomnym. Dla nich zakładał przytuliska i warsztaty uczące pracy. Dzielił życie z biednymi, mieszkając z nimi.

Autor artykułu: (jh)

W śląskich klimatach

Monday, October 29th, 2001

,Graficy śląscy” – to tytuł wystawy, którą od niedawna można oglądać w Szkole Podstawowej im. Karola Miarki w Przyszowicach. Okazuje się, że dzieciakom taka forma edukacji kulturalnej i regionalnej przypadła do gustu!

Zorganizowanie dla uczniów wyjazdu do galerii wymaga sporo zachodu. Dlatego też postanowiliśmy, że w naszej szkole sztuka przyjdzie do dzieci! – tłumaczy Bronisława Ogonek, nauczycielka języka polskiego i równocześnie inicjatorka wystawy. – Obecna ekspozycja kontynuuje cykl ,Spotkań ze sztuką”, w ramach którego organizujemy połączone z koncertami wystawy oraz wieczorki poetyckie. To druga wystawa połączona z koncertem. Wcześniej w ten właśnie sposób prezentowaliśmy prace naszych absolwentów.

Wystawiane obecnie dzieła to część zbiorów kolekcjonera Gerarda Stanisława Trefonia. Ich właściciel bardzo chętnie wypożycza swoje zbiory, ponieważ zależy mu na prezentowaniu zalet, w tym kultury i sztuki Śląska. Uczniowie przyszowickiej szkoły mogą podziwiać piękne grafiki wykonane przez śląskich twórców nieprofesjonalnych.I, jak się okazuje, korzystają z tej sposobności z ochotą. Z zainteresowaniem także zapoznają się z tajnikami warsztatu twórcy.

- Technika i pracochłonność prac budzi podziw dzieci, które podkreślają baśniowy charakter prezentowanych linorytów. O jednym z nich powiedziały nawet, że wzory przypominają kolory! – opowiada B. Ogonek. – Bardzo cieszy nas zainteresowanie ekspozycją, która nie doszłaby do skutku, gdyby nie przychylność Barbary Mansweld, dyrektora szkoły.

Wkrótce dzieci czekają kolejne atrakcje ze sztuką.Niewykluczone bowiem, że następna wystawa prezentować będzie prace absolwentów szkoły i równocześnie absolwentów Akademii Sztuk Pięknych.

Grzegorz Szołbra, kolega Basi ze szkolnej ławy, z zainteresowaniem przygląda się pracy zatytułowanej ,Zawał”.

- Nie interesuję się górnictwem i niespecjalnie podoba mi się ten zawód, jednak obraz ten pokazuje wypadki na kopalni i bardzo mnie zainteresował – wyznaje.

- To moja ulubiona praca – Basia Wysoczańska z klasy VI a wskazuje na ,Górnika Gritzmmana” autorstwa Rudolfa Riedla. – Ten obraz wymagał dużo pracy, ma wiele szczegółów, a dziadek jest bardzo fajny!

Autor artykułu: KATARZYNA PALICZKA

Zwycięstwo bez euforii

Monday, October 29th, 2001

Mało było chyba osób, które przed pojedynkiem lidera czwartej ligi, Carbo Gliwice z niżej notowanym MKS Sławków wietrzyły jakąś sensację. Takiej też na stadionie w Ostropie nie było i gliwiczanie, chociaż z małym trudem, pewnie zdobyli trzy punkty pokonując gości 2:0 i umacniając się na fotelu lidera.

W całym spotkaniu przewaga Carbo była bezsporna i na bramkę przyjezdnych sunął atak za atakiem. Jako pierwszy na listę strzelców miał szansę wpisać się już w 5. minucie Warzyński, ale jego groźny strzał obronił Całka, który jak się później okazało rozgrzał się wtedy na tyle skutecznie, że takich niebezpiecznych uderzeń wyłapał w ciągu całego meczu jeszcze kilka. Okazją ku temu były kolejne sytuacje gospodarzy i to te z pierwszej połowy. W 20. minucie przed szansą na zdobycie prowadzenia stanął Piechocki, a kwadrans później Domagała – bezskutecznie. Mimo usilnych starań do końca tej odsłony bramka dla Carbo nie padła bowiem na posterunku cały czas stał Całka lub zawodził instynkt strzelecki napastników.

Druga połowa to stała nawałnica piłkarzy Carbo usilnie dążących do zaznaczenia swojej przewagi na tablicy wyników. Zanim jednak do tego doszło kibice musieli uzbroić się w cierpliwość i czekać aż goście trochę opadną z sił co ułatwi zadanie gliwiczanom. W dwadzieścia minut po gwizdku sędziego rozpoczynającego drugą połowę wreszcie padł gol. Rezultatem stałego naporu była sytuacja w jakiej znalazł się Wiewióra, który w zamieszaniu podbramkowym zdołał wepchnąć piłkę do siatki. 1:0 i trener Carbo, Piotr Wieczorek mógł odetchnąć.

Od tej chwili gliwiczanie zaczęli grać nieco spokojniej i bardziej rozmyślnie konstruować swoje akcje. W 70. min. po uderzeniu Piechockiego piłka minęła już zwykle niezawodnego Całkę i zmierzała do bramki, gdy nagle jak spod ziemi wyrósł obrońca Sławkowa i wybił futbolówkę. Z kolei w 80. minucie znów Domagała stanął przed szansą zdobycia gola, ale jego strzał obronił po raz kolejny w tym meczu, Całka.

Wreszcie przyszła ostatnia minuta meczu. Gdy wszyscy pogodzili się ze skromnym zwycięstwem Carbo do akcji wkroczył Zawadzki, który wykorzystał idealne dośrodkowanie Międzika i podwyższył na 2:0. Taki rezultat jest chyba bardziej sprawiedliwy w tym spotkaniu biorąc pod uwagę fakt, że przyjezdni rzadko zapędzali się w pobliże pola karnego Carbo nie mówiąc już o żagrożeniu dla bramki gliwiczan.

- Odnieśliśmy kolejne zwycięstwo i z tego trzeba się cieszyć, ale nie wpadamy w euforię. Dzięki bardzo dobrej atmosferze w klubie gramy wciąż na tyle skutecznie, że liderujemy w rozgrywkach od początku tej rundy. Po raz kolejny dobrze zagrał lider strzelców, młody 18-letni Adam Piechocki, który jednak występując namiętnie w piątkach piłkarskich, trochę rozbija plan zajęć trenera Wieczorka – powiedział po meczu Jan Jonda z Carbo Gliwice.

Autor artykułu: (wag)

Jurajscy kronikarze

Friday, October 26th, 2001

Prawie każda miejscowość ma pasjonata historii, którego ambicją jest utrwalenie dziejów “małej ojczyzny”. Zapisali w kronikach przybliżają odległe fakty, pozwalają zrozumieć pogmatwane losy uczestników ważnych wydarzeń.

Obraz przemian w obyczajowości i kulturze chłopskiej przedstawił w swoich pamiętnikach Teodor Lelątko, który urodził się 87 lat temu w Chlinie koło Żarnowca. Jego dziadek był analfabetą, ojciec umiał się tylko podpisać, a on sam zdobył dużą wiedzę dzięki wytrwałej pracy.

Chłopski dziejopis pamięta jak w okresie jego dzieciństwa zboże żęto sierpami.

- Żniwiarze schylali się jak automaty, układając ścięte zboże w równe pasy – opowiada. – Gdy ktoś wyszedł z kosą, mówiono, że sprowadzi nieszczęście, bo niszczy boże dar.
W biografii kronikarza można znaleźć wiele ważnych momentów, które zadecydowały o jego przyszłości. Znaczącą rolę odegrała praca w zakładzie ślusarskim w Żarnowcu, a potem udział w Stowarzyszeniu Młodzieży Męskiej Akcji Katolickiej. Wiele się tam nauczył. Z dwoma kolegami założył spółkę handlującą owocami.

Prawdziwą szkołą życia była służba w 5 Dywizjonie Artylerii Konnej w Krakowie. Został skierowany do szkoły podoficerskiej i ukończył ją w stopniu kaprala. Ponieważ potrafił biegle pisać, zatrudniono go w kancelarii bateryjnej. Do Chliny wrócił w 1938 roku, kiedy Polacy wkroczyli na Zaolzie. W rok później wybuchła wojna. Chciał iść z kolegą na Wschód, ale front ich wyprzedził. Niemcy weszli do wsi już 5 września.

Młody kapral wstąpił do Służby Zwycięstwa Polsce, która przekształciła się w Związek Walki Zbrojnej, a w końcu przybrała nazwę Armii Krajowej. Po wojnie nachodziło go UB. Władze aresztowały wójta, który należał do PSL. Wprowadzono kontyngenty, a chłopów nakłaniano do utworzenia spółdzielni produkcyjnej. Po dojściu do władzy Gomułki rolników zaczęto dopuszczać do organów przedstawicielskich. Teodor Lelątko został nawet radnym wojewódzkim. Reprezentował wieś przez trzy kadencje. Jego rolę doceniono, poświęcając mu miejsce w “Słowniku Biograficznym Działaczy Kółek Rolniczych”.

Nieco inny charakter ma kronika rodzinna, do której spisywania przystąpił już w 1915 roku ojciec Antoniego Tadeusza Gruszczyńskiego – Franciszek Wojciech w Kolonii Dobrej. Był on absolwentem prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, posłem na Sejm, właścicielem młyna w Pilicy, współzałożyciem Izby Przemysłowo-Handlowej w Sosnowcu. Po wojnie napisał książkę na temat “Kościóła i klasztoru oo. reformatów w Pilicy”. W publikacji tej znalazło się wiele cennych informacji na temat zakonu św. Franciszka.

- Ojciec przystąpił do gromadzenia materiałów kronikarskich, kiedy wybuchła pierwsza wojna światowa – wspomina syn Antoni. – Rozmawiał z sędziwymi krewnymi, którzy opowiadali jeszcze o latach swego dzieciństwa, penetrował parafialne archiwa w Pilicy, Miechowie, Sławkowie, Jędrzejowie. Drobiazgowo odmalował codzienne życie w Pilicy. Właściciel młyna pisze, ile w ciągu roku przemielono pszenicy, żyta i jęczmienia. Dowiadujemy się, jakie młyn przyniósł zyski i jakie płacił podatki, ile wynosiła dniówka wynajętego robotnika. Miłośnik przeszłości dowie się wielu ciekawych faktów, przemilczanych zazwyczaj w szkolnych podręcznikach. Gruszczyński pisze obszernie o Wojciechu Korfantym. Mało kto wie, że ten niezłomny orędownik sprawy polskiej na Śląsku naraził się niektórym hierarchom kościoła. Nie chciano mu dać ślubu z Elżbietą Sprotówną. Musiał w tym celu wyjechać do Krakowa.

Antoni Tadeusz Gruszczyński cieszy się, że jego dzieci z zainteresowaniem czytają kronikę dziadka, którą należałoby kontynuować,

Autor artykułu: JERZY WAKSMAŃSKI

Niecodzienny spektakl teatralny promuje przemysłowe dziedzictwo miasta

Friday, October 26th, 2001

Kolejny interesujący pomysł Zbigniewa Stryja, aktora Teatru Nowego w Zabrzu, zmaterializował się dzięki poparciu Stowarzyszenia na Rzecz Restauracji i Propagowania Sztolni Królowa Luiza “Pro Futuro”, Urzędu Miejskiego i Muzeum Górnictwa Węglowego. Prócz aktorów zabrzańskiej Sceny Propozycji i zespołu “Gaudium” w spektaklu “zagrały” najpiękniejsze zabytki przemysłowe miasta.

Każdy z trzech aktów sztuki zatytułowanej “Żywi ludzie”, przygotowanej i wyreżyserowanej przez Zbigniewa Stryja, rozgrywał się w autentycznej scenerii wnętrz i obiektów z początku ubiegłego wieku. Wehikułem czasu, przenoszącym widzów pomiędzy miejscami akcji kolejnych aktów sztuki był całkiem współczesny autobus.

Fabułę swej sztuki Zbigniew Stryj osnuł na podstawie autentycznych wydarzeń z początku ubiegłego wieku, kiedy to kryzys skłaniał wielu właścicieli kopalń do zamykania nierentownych zakładów. Główne osoby dramatu to hrabia i właściciel kopalni – Wiesław Kańtoch, dyrektor – Andrzej Lipski, przywódca strajku – Zbigniew Stryj, inżynier – Marian Wiśniewski i operator maszyny wyciągowej – Robert Talarczyk. Akcja dramatu rozpoczyna się w gabinecie dyrektora kopalni, który umiejscowiono w stylowej Sali Witrażowej Muzeum Górnictwa Węglowego, następnie przenosi się do mrocznych podziemi sztolni, by znaleźć szczęśliwy finał w Skansenie Górniczym “Królowa Luiza”. Tam widzowie mają okazję podziwiać jeden z najciekawszych zabytków technicznych Zabrza, pieczołowicie odrestaurowaną i w pełni sprawną parową maszynę wyciągową z 1915 r. Realizatorzy zadbali o autentyczność zarówno dekoracji, jak i strojów i najdrobniejszych detali. Samochód, którym podróżuje hrabia, na co dzień jest ozdobą zabrzańskiego Muzeum Pojazdów Zabytkowych PZMot.

- To pierwsze tego rodzaju przedstawienie w regionie, a może i w Polsce, zakładające wędrówkę publiczności po miejscach tak dalece autentycznych – mówi Jan Gustaw Jurkiewicz, kierownik skansenu “Królowa Luiza”. – Ożywione przez aktorów znacznie sugestywniej przemawiają do wyobraźni niż podczas “zwykłego” muzealnego zwiedzania.
Organizatorom przedsięwzięcia marzy się, by na stałe weszło ono do repertuaru teatralnego miasta i stało się swego rodzaju jego wizytówką.

- Zabrze często odwiedzają różni goście, znane osobistości, delegacje zaprzyjaźnionych miast, przedstawiciele firm, które chcą tu inwestować… Czyż nie byłoby ciekawie oprowadzając ich po sztolni, skansenie i muzeum zaprezentować im taki spektakl? – dodaje Zbigniew Stryj. – Podobnie rzecz ma się z młodzieżą szkolną, do której również adresowany jest spektakl.

Autor artykułu: (ESKA)