Archive for October, 2001

“Szczury Północy” na Jurze

Friday, October 26th, 2001

Od soboty do niedzieli trwały w Morsku III Jurajskie Wyścigi Psich Zaprzęgów zorganizowane przez Roberta Stockiego, prezesa UKS Jedynka w Łazach, Urząd Gminy Włodowice i Starostwo Powiatowe.

- Starostwo od początku aktywnie się włączyło w organizację wyścigów, ponieważ jest to ciekawa forma promocji powiatu. Na zawody przyjeżdżają miłośnicy tego sportu z całej Polski, mają wtedy możliwość poznania specyfiki Jury, która przede wszystkim zimą sprzyja uprawianiu tego sportu. Do odwiedzin również zimą chcielibyśmy zachęcić przyjeżdżających tu na zawody – mówi Leszek Wojdas, Starosta Powiatu. – Jurajskie Wyścigi Psich Zaprzęgów na dobre już weszły do kalendarza imprez organizowanych w powiecie i miejmy nadzieję, że tak zostanie.

Od początku w organizację wyścigów zaangażowała się gmina Włodowice.

- Pierwsze wyścigi odbywały się wRzędkowicach ?przypomina Krzysztof Szlachta, wójt Włodowic. – Zainteresowanie imprezą było duże, w tym roku chcieliśmy jednak, by zawodnicy mogli obejrzeć nowe tereny. Dla przypomnienia rzędkowickich korzeni trasa tegorocznego wyścigu częściowo łączyła się ze starą trasą.

Wyścigi psich zaprzęgów to sport w Polsce stosunkowo młody, od ok. 5 lat obserwuje się coraz większe zainteresowanie nim, tradycja organizowania psich wyścigów wywodzi się ze Stanów Zjednoczonych.

W tegorocznych zawodach startowały 23 zespoły z całej Polski, trasa była dość trudna i długa – 8 km, biegła spod stoku narciarskiego w Morsku w pobliżu Skał Rzędkowickich, z powrotem do Morska. Urozmaicona licznymi wzniesieniami i nagłymi uskokami momentami sprawiała zawodnikom trudności, wszyscy jednak dotarli do mety, do rzadkości należały przypadki pomylenia trasy. Zawodnicy mogli startować w sześciu konkurencjach: klasie B1 – zaprzęg składający się z 4 do 6 psów rasy Husky, C1 – zaprzęg 2-4 psów rasy Husky, C2 – zaprzęg 2-4 psów rasy Malamut, C3 – zaprzęg z ras mieszanych (zawodnicy mówią o nich “wynalazki”), klasa S, czyli Skandynawka to wspólny bieg psa przywiązanego do zawodnika oraz nowa klasa Velo – pies ciągnący rower. W zawodach startowało 6 dzieci na dystansie 200 m, najmłodsza zawodniczka, Ala Tuszkiewicz, liczy zaledwie 3 lata!

- Atutem Jurajskich Wyścigów jest atmosfera, sprzyjająca nawiązywaniu kontaktów towarzyskich, bezstresowa – mówi Wojciech Szczeciński z Wrocławia, zwycięzca w klasie B1. – W sezonie zawsze wybieram jedne zawody sprinterskie, właśnie tutaj. Zwykle startuję na średnim dystansie (40 – 100 km). Uprawianie tego sportu to hobby, pasja. Najwięcej czasu i pieniędzy pochłaniają treningi – podczas weekendów jeżdżę z psami trenować w góry, to ok. 120 km od Wrocławia. Najwięcej wydatków wiąże się więc z zakupem paliwa i posiadaniem odpowiedniego do transportu zwierząt samochodu. W ogóle, uprawianie tego sportu wiąże się z dużymi kosztami, sam udział w zawodach to spory wydatek.

Teraz przygotowuję się do najważniejszych w tym sezonie dla mnie zawodów w Górach Orlickich w Czechach, które odbędą się w styczniu.

Wyścig przebiegał raczej spokojnie, poza jednym wyjątkiem. Zawodnikowi z numerem 13 (tym razem pechowym), odkręciła się na trasie kierownica, musiał więc na chwilę przerwać wyścig.

- To było moje niedopatrzenie – mówi Jarosław Czułek. – Trasa była trudna i wyboista, niedokręcona śróbka musiała puścić. Na szczęście pomógł mi Maciek Wodziński, który przez to, niestety, poświęcił swój wynik. Dobrze, że następnego dnia nie było już podobnych niespodzianek.
W Polsce powstaje coraz więcej klubów zrzeszających miłośników psów zaprzęgowych, najwięcej jest chyba we Wrocławiu.

- Powstaje coraz więcej klubów, ludzie przekonują się do tego sportu, ponieważ oznacza on nie tylko treningi, ale również wspólne spotkania, sposób na ciekawe spędzenie czasu – mówi Andrzej Mirek ze Stowarzyszenia “Amarok” z Wrocławia. – Przekrój wiekowy i zawodowy osób należących do stowarzyszenia jest duży: od 17 do 55 lat, od uczniów szkół średnich po lekarzy i informatyków. Do tradycji już weszły organizowane we Wrocławiu zawsze w marcu wyścigi psich zaprzegów.

Autor artykułu: IWONA KUŹNIAK

Podwójne derby

Thursday, October 25th, 2001

Dwukrotnie zagłębiowskie drużyny spotykały się między sobą w minionej kolejce spotkań III ligi. Najpierw siatkarze dąbrowskiego MMKS w czterech setach pokonali MKS Poręba, a dzień później sosnowiecki Płomień w tie-breaku przechylił na swoją stronę szalę zwycięstwa w pojedynku z Interpromeksem Będzin.

Pierwszy set dąbrowskiego meczu był bardzo wyrównany. Wynik prawie cały czas oscylował wokół remisu i długo żadnej z drużyn nie udawało się uzyskać przewagi większej niż 2 punkty. W końcówce rozgrywki w zespole z Poręby doszło do serii nieporozumień między rozgrywającym Pawłem Cieślakiem i atakującymi. Jednocześnie dla gospodarzy punkty seryjnie zdobywali lewoskrzydłowi Michał Szczytowicz i Tomasz Józefowicz. W efekcie podopieczni Pawła Sznicera wygrali 25:21.

Po zmianie stron inicjatywę na parkiecie przejęli goście. Doskonale spisywali się środkowi MKS Poręba Zbigniew Liberski i Krzysztof Zabielny, wspierani przez skrzydłowych Remigiusza Flaka i Krzysztofa Zabielnego. Podopieczni Arkadiusza Pompki szybko objęli prowadzenie 9:5.

Wystarczyło jednak kilka efektownych bloków Mariusza Brzeszcza był gospodarze doprowadzili do remisu (11:11). W tym momencie na zagrywkę pomaszerował jednak Robert Kleszcz i po chwili porębianie prowadzili 15:12. Dąbrowianie po akcjach Piotra Sznicera zminiejszyli wprawdzie straty do jednego “oczka” (18:17), ale końcówka rozgrywki należała do ich rywali.

Od prowadzenia porębian rozpoczął się również trzeci set (8:4). Gdy na parkiecie pojawili się Paweł Sznicer i Piotr Sznicer, którzy zastąpili juniorów Emila Siewiorka i Radosława Stromczyńskiego, gospodarze zaczęli odrabiać straty. Przy stanie 22:22 serwis dąbrowian dobrze odebrał Remigiusz Flak. Piłkę niedokładnie rozegrał jednak Paweł Ciślak i atak Krzysztofa Zabielnego powstrzymał dąbrowski blok. Podopieczni Pawła Sznicera zapisali na swoje konto również dwie kolejne piłki i całą rozgrywkę.

O losach następnego seta przesądziła seria dobrych serwisów Aldona Czuchraniaka, po których dąbrowianie prowadzili już 16:10. Później trenerzy obu zespołów wysłali na parkiet siatkarską młodzież. W zespole z Poręby zagrali Michał Zając, Łukasz Swoboda i Piotr Mazur.

Sporo emocji przyniósł mecz Płomienia z będzińskim Interpromeksem. Dwa pierwsze sety zapisali na swoje konto podopieczni Franciszka Mroza. W zespole będzińskim doskonale spisywał się rozgrywający Dariusz Syguła, a punkty dla Interpromeksu zdobywali seryjnie skrzydłowy Zbigniew Syguła i środkowy Bartosz Flak.

Gdy na parkiecie pojawił się trener sosnowiczan Mariusz Musiał, gospodarze wyraźnie poprawili odbiór piłki i dzięki atakom ze skrzydła doprowadzili do remisu 2:2. W tie-breaku Płomień prowadził już 4:0, by w połowie rozgrywki przegrywać 7:8. W nerwowej końcówce meczu szczęście sprzyjało jednak sosnowiczanom.

Autor artykułu: (wow)

Kartofel z latawcem

Thursday, October 25th, 2001

Latawce płaskie i skrzynkowe, nieloty i balony paradowały w sobotę ze swymi właścicielami po ulicach Rydułtów. W mieście odbyło się doroczne Święto Latawca i Pieczonego Kartofla. Zabawa przyciągnęła tłumy mieszkańców.

- Dawniej organizowaliśmy zawody latawcowe, ale nie cieszyły się tak dużym zainteresowaniem. Zmieniliśmy więc formułę z konkursu na zabawę. I w tym roku przyszło ponad stu uczestników – cieszył się Henryk Machnik, prezes Towarzystwa Miłośników Rydułtów, które jest organizatorem imprezy.

Nowa formuła Święta Latawca przypadła do gustu przede wszystkim najmłodszym rydułtowianom. Razem z rodzicami nie szczędzili wysiłku, by ich “obiekty latające” były jak najbardziej kolorowe i fantazyjne. Podczas parady ulicami miasta można było podziwiać latawce w kształcie liści, ptaków i psów. Symboliczne nagrody otrzymali konstruktorzy modeli, które najdalej latały i tych, które (zdaniem jury) były najładniejsze. Najwięcej wyróżnień zdobyli uczniowie Gimnazjum nr 1. Za najlepsze przebranie nagrodzone zostały dzieciaki z Przedszkola nr 2. Wszystkie dzieci biorące udział w imprezie dostały pamiątkowe dyplomy.

Po zawodach latawcowych uczestnicy imprezy bawili się przy wspólnym ognisku, gdzie celebrowano Święto Kartofla.

Autor artykułu: (mir)

Przyjadą przyjaciele z Francji

Thursday, October 25th, 2001

W sobotę do Czeladzi przyjedzie grupa samorządowców, działaczy Towarzystwa Polsko-Francuskiego oraz młodzieży z partnerskiego miasta Auby. Współpraca obu gmin trwa już ponad 25 lat. Została zainicjowana przez stronę francuską, a właściwie przez licznie mieszkających tam polskich emigrantów i ich potomków.

Nasi górnicy bowiem trafiali w latach 20. do północnej Francji w poszukiwaniu pracy. Do zawiązania kontaktów z Czeladzią przyczynił się zwłaszcza nieżyjący już Jan Kaczmarek. Właśnie jego imię zostanie nadane czeladzkiemu Ośrodkowi Integracyjnemu “Senior”. Podczas uroczystości obecny będzie syn Jana, Freddy Kaczmarek, obecny mer Auby.

- Jan Kaczmarek stworzył podwaliny pod partnerstwo obu miast i zapoczątkował współpracę bliźniaczych miast – twierdzi Kazimierz Jakóbczyk, burmistrz Czeladzi. – Francuzi już uczcili tę niezwykłą postać, nadając jego imię ośrodkowi kultury w Auby.

Podczas wizyty w Polsce młodzież francuska spotka się ze swymi kolegami z Czeladzi. Francuzi zostali zaproszeni przez swoich rówieśników m.in. do Zespołu Szkół Specjalnych. Ponieważ wymiana młodzieży między dwoma miastami trwa od lat, w wielu wypadkach będą to spotkania koleżeńskie.

Delegacja samorządowców będzie natomiast miała możliwość zobaczyć, jak pracują niektóre zakłady budżetowe w Czeladzi. Podobnie jak miesiąc wcześniej pracę francuskiego samorządu i spółek podległych gminie oglądali czeladzcy radni i pracownicy Urzędu Miejskiego. Ważnym momentem będzie także, 2 listopada, podpisanie umowy o współpracy między Czeladzią a Auby na 2002 rok.

Francuzi podczas siedmiodniowej wizyty będą mieli okazję zwiedzić okolicę, np. zamek w Będzinie, krakowski Wawel, Muzeum w Oświęcimiu. Spróbują także po raz pierwszy – podczas pobytu w leśniczówce, zagłębiowskich pieczonek.

Autor artykułu: (pat)

O jesieni po łacinie

Wednesday, October 24th, 2001

Liście buku są srebrne,
Bo zabrakło im drzewnej
krwi.

Twój pocałunek zmienia
Moje usta w jesienne liście
buku.

Ten wiersz Richarda Aldingtona “Październik” oparty jest na motywach japońskich haiku, które pojawiły się na tegorocznych Dialogach Muzyki i Poezji w Pszczynie.

Haiku znaczy dosłownie “humorystyczny, dowcipny werset”: “Wśród wszystkich rodzajów poezji Wschodu i Zachodu haiku w ścisłych rygorach swoich trzech wersów osiągnęło maksymalną zwięzłość” – napisał Jan Kott. – “Mógłbym przyrównać haiku do kropli, w której odbija się światło i na chwilę zwolniony jest czas”. Gatunek ten cieszył się szczególną popularnością w XVII wieku (ukształtował się w Japonii w tym czasie, co w Europie barok).

Estetyką haiku i japońską sztuką karmiła się poezja amerykańskiego poety Ezra Pounda, miniatury Marii Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej, wiersze Ryszarda Krynickiego, Jerzego Harasymowicza i Stanisława Grochowiaka.

Łacińskie haiku znajdziemy w zbiorku “Śląska jesień” wydanym przez Fundację “Pallas Silesia”, współorganizatora wspomnianych Dialogów Muzyki i Poezji. Oto jedno z nich:
Pogoda dżdżysta
Jesienna serce stroi
Nutą poezji

Autor artykułu: (jol)

Rajski kurczak

Wednesday, October 24th, 2001

- Ten rozjechany kurczak z napisem ,Rajski Ptak” nie licuje z rangą tej starej kamienicy – stwierdził na ostatniej sesji radny Jerzy Sztajgli mówiąc o świetlnym neonie nad restauracją znajdującą się przy mikołowskim rynku. Jego zdaniem szyld nie pasuje do zabytkowej zabudowy centrum.

Lokal, w którym od kilku miesięcy mieści się restauracja ,Rajski Ptak”, w ciągu ostatnich lat kilkakrotnie zmieniał nazwę: z ,Myśliwskiej” na ,Vis a Vis”, a następnie ,R. 1222″. Po niedawnym remoncie nowa właścicielka zmieniła nie tylko wystrój wnętrz i nazwę lokalu, ale także materiał, z którego wykonano szyld. Zamiast kutego napisu pojawił się barwny neon.

- Od początku miało to inaczej wyglądać. Firma, której zleciłam wykonanie szyldu, nie zrobiła tego tak, jak chciałam – powiedziała właścicielka lokalu Anna Bartnik.

Jak mówi, nie było jednak czasu, by wykonać nowy, bowiem chciała otworzyć restaurację na Dni Mikołowa.

- Przed uruchomieniem lokalu przesłałam do Urzędu Miejskiego projekt znaku graficznego wraz z jego kolorystyką. Całość została zatwierdzona przez plastyka miejskiego, łącznie ze wskazaniem, na jakiej wysokości ma on zawisnąć. Potrzebna była jeszcze zgoda konserwatora zabytków. Choć kilka razy udawałam się do urzędu w tej sprawie, to nikt nie potrafił mi odpowiedzieć, czy taka zgoda jest – mówi A. Bartnik.
,Rajski Ptak” po raz pierwszy zabłysnął na początku lipca. Niedługo potem został ściągnięty.

- Neon umieszczono na zielonej płycie, co fatalnie wyglądało, szczególnie po jego zapaleniu. Dlatego płytę ściągnięto, a na elewację wróciły jedynie litery z nazwą lokalu – wyjaśnia właścicielka.

Przed lokalem znajdował się ogródek piwny. W czasie jednej z letnich nawałnic wiatr porwał jeden z parasoli uszkadzając napis. Od tego czasu niektóre litery nie świeciły.
Projekt reklamy lokalu został zatwierdzony przez plastyka miejskiego Stanisława Mazusia.

- Jest to obiekt zabytkowy, a w takich wypadkach potrzebna jest opinia Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, który nie wyraził zgody na tego rodzaju reklamę. Restauratorowi przysługuje prawo odwołania do Głównego Konserwatora Zabytków. Choć budynek jest własnością miasta, to gmina nie ma prawa, by nakazać najemcy jego usunięcie. Takie kompetencje ma Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego – mówi Marek Padło, kierownik Referatu Budownictwa Urzędu Miejskiego.

- Nie będę się odwoływać, zaś neon na pewno będzie usunięty. Już wcześniej miałam zamiar to zrobić, czekałam na obiecany przez miasto remont elewacji, który miał zostać przeprowadzony w tym roku – wyjaśnia A. Bartnik. Nie wie jeszcze, jak wyglądać będzie szyld nad drzwiami do restuaracji, zapewnia jednak, że samej nazwy lokal nie zmieni.

Autor artykułu: (bj)

Igraszki z prądem

Wednesday, October 24th, 2001

Determinacja amatorów łatwego zysku nie ma granic. Ostatnio kradną oni nie tylko małe elementy elektryczne wykorzystywane w sieci, ale też i same przewody. Bezmyślni złodzieje często nie uzmysławiają sobie czym może grozić samo zbliżenie się do linii pod napięciem. Niestety najczęściej jest już za późno na przestrogi…

W Centrum Leczenia Oparzeń przebywa 16-letni zabrzanin Piotr R., który kilka dni temu na polu w pobliżu ulicy Kościuszki w zabrzańskiej dzielnicy Mikulczyce uległ tragicznemu wypadkowi. Chłopiec z nie ustalonych jeszcze powodów dotknął linii wysokiego napięcia, w której płynie 20 tysięcy woltów. Niewykluczone, że chciał ukraść fragment sieci. Możliwe jest też ze spadł na niego odcinek trakcji elektrycznej, uszkodzony wcześniej przez złodziei.

- Pacjent przeszedł poważny zabieg, ale jego stan jest nadal ciężki. Oparzenia są bardzo rozległe i głębokie. Nawet jeżeli przeżyje będzie na zawsze kaleką. Niestety rodzina chłopca trochę utrudniła nam działanie zbyt późno wyrażając zgodę na operację – powiedział dr n.med. Marek Kawecki, ordynator oddziału leczenia oparzeń w siemianowickim szpitalu.

W Mikulczycach w ostatnim czasie złodzieje siedmiokrotnie dawali znać o sobie. W sumie ukradli już blisko trzy kilometry kabla energetycznego dewastując przy tym pozostałe komponenty sieci. Proceder jest trudny do wykrycia ponieważ, przestępcy z reguły wybierają instalacje energetyczne, które znajdują się na uboczu aglomeracji. Zanim na miejscu przestępstwa pojawi się ekipa elektryków i stwierdzi przyczynę awarii, złodzieje ze swoim łupem są już daleko. Można ich schwytać dopiero na zbiornicach złomu, gdzie próbują sprzedać surowiec. Chociaż pracownicy skupów zapewniają, że nie odbierają surowca, którego legalność jest podejrzana, przestępcy znajdują zbyt na swoje łupy bez większego problemu – z reguły na małych prywatnych złomowiskach, które jeszcze tego samego dnia wywożą surowiec do przetopu w hucie.

Złodzieje czują się bezkarni plądrując instalacje sieci energetycznych niskiego i średniego napięcia. Od pewnego czasu kradną także trakcje kolejowe. Kradzież kolejowych szyn oraz żeliwa jest jednak dla nich znacznie mniej opłacalnym procederem. Metale kolorowe używane jako przewodniki sieci są znacznie droższe – ich cena waha się w zależności od skupów w granicach kilku złotych, gdy elementy żeliwne warte są kilkanaście groszy od kilograma. Niedawno w Zabrzu nastolatek, który ogołocił z armatury zwrotnicę, spowodował poważne niebezpieczeństwo wykolejenia składu.

- Działania takie jak ostatnia kradzież kabli w Zabrzu, można nazwać terroryzmem energetycznym. Każda z takich kradzieży niesie bardzo poważne zagrożenie dla życia i zdrowia ludzkiego. Dlatego chcielibyśmy zwrócić się z apelem do wszystkich mieszkańców: aby kontaktowali się policją lub zakładem energetycznymi, jeżeli zauważą osoby, które nie są ubrane w stroje firmowe lub nie posiadają oznakowanego samochodu służbowego, a które ingerują w instalację sieci energetycznych – apeluje Łukasz Zimnoch, rzecznik Górnośląskiego Zakładu Energetycznego.

Autor artykułu: (mik, wag)

Śmiertelne bakterie

Tuesday, October 23rd, 2001

Bielskie apteki w ciągu kilku godzin są w stanie sprowadzić antybiotyk ,Cipro”, którym leczy się wąglika. Pracownicy bielskiego sanepidu uspokajają, że nie ma takiej potrzeby. Niegroźny jest także wirus czarnej ospy. Te dwie choroby, najczęściej wymieniane w przypadku ataków bioterrorystycznych, na razie nam nie zagrażają.

Na świecie są tylko dwa laboratoria, w których przechowywany jest wirus czarnej ospy. W Polsce po raz ostatni szczepiono przeciwko tej chorobie w latach 70. Później zaprzestano szczepień, gdyż na świecie nie było zachorowań na czarną ospę. W Polsce jej pojedyncze przypadki po raz ostatni zanotowano w latach 50. Lekarze zapomnieli także o wągliku, choć w ubiegłym roku zanotowano dwa przypadki tej choroby, na szczęście w postaci skórnej, łatwej do wyleczenia. Żaden z nich nie wystąpił jednak na Podbeskidziu.

- Na chorobę narażeni są zwłaszcza pracowni garbarni. Ta odmiana wąglika dostaje się do organizmu człowieka tylko przez ranę – podkreśliła Elżbieta Krzanowska z Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Katowicach. – Nie pamiętam, żeby po II wojnie światowej w Polsce odnotowano przypadek płucnej odmiany wąglika, która z reguły kończy się śmiercią.

Maciej Pająkowski, lekarz z Żywca uspokaja, że nie ma powodów do paniki ani tym bardziej do profilaktycznego zażywania antybiotyku.
- Należy ograniczać ewentualne źródła zakażeń, a więc choroby wśród zwierząt. Każdy niepokojący objaw zmian skórnych należy skonsultować z lekarzem, który rozstrzygnie etiologię dolegliwości – powiedział Pająkowski. Wyjaśnił, że istnieją trzy postacie wąglika. Najczęściej występująca, najłatwiej rozpoznawalna i leczona to odmiana skórna. Powstaje przy bezpośrednim kontakcie z chorym zwierzęciem. Postać jelitowa powstaje po zjedzeniu zakażonego mięsa. Dlatego ważne, by eliminować ewentualne zachorowania u zwierząt. To postać trudna do leczenia, obarczona bardzo dużą śmiertelnością, podobnie jak postać płucna, spowodowana wdychaniem wąglika. Tylko postać skórna może być wychwycona przez zwykłego laika. Człowiek nie może się zarazić wąglikiem od drugiego człowieka.

W bielskich aptekach jest spokojnie. Dodzwoniliśmy się do trzech. Tylko jeden pacjent w ostatnim czasie zapytał o szczepionkę przeciwko wąglikowi. Do Katowic trafiają wszystkie niebezpieczne przesyłki, które mogą zawierać biały proszek ze śmiercionośnymi pałeczkami. Także te z Podbeskidzia.

Przedstawiciele straży pożanej, służby zdrowia i sanepidu wzięli wczoraj udział w spotkaniu zwołanym przez Andrzeja Zielińskiego, starostę żywieckiego. Narada odbyła się z powodu fałszywego alarmu z wąglikiem w Jeleśni w ubiegłym tygodniu. Uczestnicy spotkania ustalili, iż będą uczulali ludzi, by nie otwierali podejrzanych przesyłek i szybko powiadamiali o nich straż pożarną. Wtedy na miejsce przyjedzie jednostka zabezpieczenia chemicznego, która przesyłkę zabierze na badania laboratoryjne. Jeżeli już ktoś ją otworzy i wysypie się z niej podejrzany proszek, to nie powinien z nim biegać, lecz wezwać odpowiednie służby. Dyrektor szpitala w Żywcu ma przygotować odizolowane pomieszczenia dla osób, które miały kontakt z podejrzaną substancją do czasu wyników badania laboratoryjnego.

Autor artykułu: ANNA CHAŁUPSKA TOMASZ WOLFF

Zmiana systemu

Tuesday, October 23rd, 2001

Pierwszoligowi koszykarze rozegrali kolejne mecze. Znakomicie spisał się zespół chorzowskiej Alby-Alstom, który w sobotę wygrał w Zgorzelcu z niepokonanym dotąd liderem – Turowem, a dzień później zdecydowanie zwyciężył w Poznaniu KKS.

Do soboty ekipa ze Zgorzelca wygrała wszystkie swoje spotkania i prowadziła w pierwszoligowej tabeli. Turów to wprawdzie beniaminek, ale w tym zespole grają doświadczeni zawodnicy. Nic zatem dziwnego, że to właśnie gospodarze byli faworytem pojednyku z Albą-Alstom. Tymczasem chorzowianie, którzy zazwyczaj przegrywają pierwsze kwarty, rozpoczęli bardzo dobrze – w połowie meczu było remisowo, 44:44. – Tym razem zmieniliśmy system rozpoczynania gry – tajemniczo stwierdził Zbigniew Mardoń, szkoleniowiec chorzowskiej drużyny. Jego podopieczni znakomicie spisywali się w trzeciej kwarcie (wypracowali sobie dziesięciopunktową przewagę), ale walka o zwycięstwo trwała do samego końca. Doping blisko 2 tys. kibiców sprawił, że w ostatniej części gry miejscowi odrabiali straty i sekundę przed końcem przegrywali już tylko czterema ,oczkami”. Wówczas to Rafał Dygutowicz sfaulował rzucającego ,za trzy” Romana Rutkowskiego. Skrzydłowy Turowa trafił dwa pierwsze rzuty wolne, zaś przy trzeciej próbie odbił piłkę o tablicę, by jego koledzy mieli szansę na zdobycie dwóch punktów i doprowadzenie do dogrywki. Walkę pod ,tablicą” wygrali jednak chorzowianie i niespodzianka stała się faktem.

W sobotnim meczu bardzo dobrze zagrali ,starterzy” – wyjściowa piątka zdobyła 59 punktów, 22 ,oczka” dołożył znakomicie dysponowany Roman Bruździński. – Cały zespół wykonał w tym dniu dużą pracę – podsumował Zbigniew Mardoń.

W niedzielę chorzowianie zagrali w Poznaniu z łatwiejszym przeciwnikiem – KKS i wygrali pewnie, różnicą szesnastu punktów. Pierwsze dwie kwarty zespół Alby-Alstom wygrał sześcioma ,oczkami”, ale w kolejnej cześci gry poznaniacy odrobili nieco straty. Kiedy w połowie ostatniej kwarty miejscowi tracili do chorzowian tylko dwa punkty, zanosiło się na nerwową końcówkę. Nasza drużyna ponownie jednak zagrała agresywnie w obronie i KKS zaczął się gubić. Końcowe fragmenty gry chorzowianie wygrali 13:2, odnosząc drugie w tym sezonie wyjazdowe zwycięstwo. -Wygraliśmy pewnie, chociaż twierdzę, że nadal to nie jest to. Stać nas na lepszą grę – powiedział szkoleniowiec chorzowskiej drużyny.

Zespół Alby-Alstom z pięcioma zwycięstwami w siedmiu meczach awansował na trzecie miejsce w tabeli. W najbliższy weekend chorzowianie podejmować będą ósmą Resovię (sobota) i dziesiąty AZS Lublin (niedziela).
Sobota: TURÓW ZGORZELEC – ALBA-ALSTOM CHORZÓW 89:91 (26:26, 18:18, 17:27, 28:20)

ALBA-ALSTOM: Basiński 13 (1×3), Partyka 14 (1×3), Roszyk 15 (1×3), Baker 7, Dygutowicz 10 oraz Bruździński 22 (1×3), Jaworski 6, Pawlik 3 (1×3), Radwan 1.

Niedziela: KKS POZNAŃ – ALBA-ALSTOM CHORZÓW 74:90 (17:23, 17:23, 27:24, 13:20)

ALBA-ALSTOM: Basiński 12 (2×3), Partyka 6, Roszyk 20, Baker 13, Dygutowicz 32 oraz Bruździński 2, Jaworski 0, Pawlik 5 (1×3), Radwan 0.

Autor artykułu: lis

Nie tylko mapy

Tuesday, October 23rd, 2001

Pracownia geograficzna I LO im. J. Słowackiego wyposażona jest w projektor multimedialny, komputer z kartą telewizyjną, rzutniki, ma podłączenie do internetu.

Do standardowych pomocy dydaktycznych dołączono eksponaty przywiezione przez uczniów i absolwentów ,Słowaka” z podróży po kraju i całym świecie.

- Dysponujemy pokaźną kolekcją minerałów i skamieniałości. Mamy też fragment szkieletu mamuta, znaleziony podczas wykopywania odkrywki kopalni siarki w Tarnobrzegu. To z wyjazdów krajowych. Z tych zagranicznych natomiast warto zwrócić uwagę na fragment rafy koralowej. Mamy też sporo map, zarówno nowych, jak i tych dzisiaj już niedostępnych, które od lat sześćdziesiątych nie miały wznowień. Dysponujemy również bogatym księgozbiorem. Poza tym ok. 10 tysięcy fotografii z wypraw i slajdy – mówi Przemysław Fabjański, nauczyciel geografii i dyrektor ,Słowaka”.

Z każdej wyprawy globtroterzy przywożą nowe eksponaty. Z tej ostatniej do Etiopii przywieźli m.in.: maski dzikich plemion, oryginalne pojemniki na jedzenie, trochę instrumentów muzycznych i manuskrypty chrześcijańskie spisane na koziej skórze. Wyposażenie pracowni to również zasługa nauczycieli geografii w ,Słowaku”: braci Fabjańskich (Tomasza i Przemysława) oraz Krystiana Cichowskiego, dawnego wieloletniego nauczyciela i założyciela Szkolnego Koła Geografów ,Peneplena”.
Modernizację sfinansowano ze środków sponsorskich, zgromadzonych przez Stowarzyszenie Przyjaciół ,Słowaka”. Pracowni służy nie tylko uczniom. Rocznie odbywa się tu kilkanaście otwartych spotkań geograficznych; na zajęcia metodyczne przyjeżdżają również studenci Uniwersytetu Śląskiego i Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Autor artykułu: bf